Tag: wiersze

  • HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    Rozrywało mnie intensywne światło. Nie chroniły przed nim powieki, ani nawet nałożone na oczy dłonie. Bo to ja świeciłem. Nie wiedziałem, czy światło chce mnie unicestwić, czy przemienić. Może to zresztą na jedno wychodzi. Gdzieś na granicy światła było ciało i ciało było nie do zniesienia. Bolało mocno i nieustępliwie. Skóra ciągnęła, jakby nagle stała się dla mnie za ciasna. Wreszcie pojawiły się także i głosy. Natarczywe:

    Jaki jest dzień tygodnia, jak się pan nazywa, ile ma pan lat, kogo powiadomić?

    Oprócz bólu, na pęcherz. Głód. Pragnienie. Zacząłem ostrożnie otwierać oczy.

    – Gdzie pan jest?

    Leżałem pod kołdrą. Na poszewce zauważyłem napis:

    – Wojewódzki Szpital imienia… – czytałem z trudem. Litery to się rozmywały, to skakały mi przed oczami. Źle.

    – Co pan wyprawia? Myśli pan, że sama czytać nie umiem? Ja chcę sprawdzić czy pan do nas wraca!

    – Co się stało? – spytałem, dziwiąc się swojemu chrypiącemu głosowi. Światło się wycofało, lecz wciąż czułem je gdzieś przyczajone.

    – Dajcie spokój chłopu. Trzy razy dziennie przesłuchanie. A jemu ktoś taki wpierdol spuścił, że do kibla dojść nie może, co tu drążyć? – wtrącił pan Stasio z łóżka obok.

    Nie powinienem tego pamiętać. Wypadek i pierwszy tydzień po nim miały zostać dla mnie już na zawsze niedostępne. Pan Stasio wielokrotnie mi się przedstawiał i żądał żebyśmy mówili sobie po imieniu, ale ja, dopóki leżeliśmy łóżko w łóżko, ciągle jego imię zapominałem.

    A jednak teraz umiem dokładnie odtworzyć rozwścieczone spojrzenia pielęgniarki, wychodzącej z sali, i tryumf w oczach pana Stasia:

    – Wymęczyły pana te jędze. W szpitalach nie lubią bezdomnych.

    – Co się stało? – to było pytanie nie do powstrzymania. Przez kilka dni nie mogła mu sprostać żadna odpowiedź, bo wszystkie natychmiast wypluwał mój zacinający się mechanizm pamięci krótkotrwałej. Panu Stasiowi to jednak nie przeszkadzało. Czekał na operację woreczka żółciowego, przekładaną już od roku, i bardzo się denerwował. Musi z kimś pogadać:

    Te pielęgniarki teraz szczególnie złe, bo im się nie chce tu z nami siedzieć. Zmęczone po świętach. Powiem panu… niby święta, niby radość, a wszyscy chodzą wkurwieni od połowy listopada do lutego. W chuj powinni wreszcie to Boże Narodzenie odwołać. Tak uważam.

    – A co się stało?

    Przede mną się pan nie musi wysilać. Ja rozumiem. Każdemu się czasem zachce w czystym łóżku wyspać. Mrozy idą. Ale lepiej uważać. Ci lekarze teraz dla pieniędzy to by człowieka i rzeźnikowi sprzedali. Nawet ja się boję co mi wytną, chociaż od pół roku mam wszystko opłacone: operację, pielęgniarkę. A pan sam, bezdomny…

    Nie jestem bezdomny – na moje protesty Stasio filuternie mrużył oko.

    W dodatku trochę pan nietegowaty, te siostrunie syczą między sobą, że burdel w szpitalu, że pana na chirurgii miękkiej położyli zamiast na neurologii. Ale kto wie, czy to przypadek. Ja bym na pana miejscu po wyjściu stąd sprawdził, czy jakiego jelita panu nie buchnęli. Albo mogą panu podmienić żołądek, pan chudy a teraz to modne. Pana żołądek zabiorą, a dad panu jakiś rozepchany.

    Ale co się stało?

    Co się stało, to się stało. Tak robią, żeby ludzi ogłupić. Człowiek sobie myśli, jakby mi co wycięli, to by nic mi w zamian nie dali. Jest w tym pewna racja. Ale jak ktoś taki jak pan wykorkuje w szpitalu to dla lekarzy straszny kłopot. A tak, zamiast się z trupem bujać, to sobie na panu poćwiczą. Teraz lubią skomplikowane przeszczepy, film taki widziałem, dla tych lekarzy to jak zawody sportowe.

    Pan Stasio mówił przez kilka dni: otwierał rano oczy i zaczynał, kończył już po ciemku, zasypiając często w pół wypowiadanego zdania. Nie robił przerw na posiłki. Jego opowieść o operacjach – sam przeszedł trzy, ale miał wielu znajomych, którzy też byli świetnymi przykładami źle złożonych kości lub nierozpoznanych na czas guzów – działała na mnie kojąco, wbrew ziejącej z niej grozie. Nie, wcale nie wbrew. To przykłady podstępnych chorób i niekompetencji lekarzy odciągały mnie od światła. Wiedziałem, czułem całym sobą, że nie dało za wygraną. Że nawet jeśli się odsunęło, to trzymało mnie wciąż na smyczy, na muszce, oddzielało mnie od siebie samego, od pozostałych panów z naszej sali i ich gości. Byłem samotny w najbardziej podstawowym sensie, wyrzucony poza orbitę wszelkich pewności. Tylko opowieść pana Stasia trzymała mnie wciąż blisko mojego bolącego ciała, dociskała do łóżka, które dzięki przyciskom mogłem ustawiać w najwygodniejszej pozycji, wpychała w rytm szpitalnych ceremonii obchodów, tabletek, zastrzyków, kroplówek, posiłków. Pan Stasio miał przyjemny tembr głosu i nie wymagał ode mnie żadnych odpowiedzi.

    Pewną konkurencją był dla niego telewizor. Żeby móc coś obejrzeć trzeba było wrzucić kasę do metalowej skrzynki. Ja nie miałem żadnych pieniędzy, telefonu ani dokumentów. Nic. Do szpitala trafiłem prosto z wypadku, ponoć lekarze nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Panowie z sali nie brali mnie pod uwagę, ustalając, co będą oglądać i jak długo. Pan Stasio, owszem dorzucał się, domagał się mszy i programów sportowych, pojękiwał przy wiadomościach, że znowu się zdenerwuje, a jednocześnie uznawał, że ja nie oglądam, nawet jeśli przed migotliwymi obrazami i skrzekliwymi dźwiękami nie miałem gdzie uciec. Przysiadał się do mnie na łóżko i posykującym półgłosem relacjonował mi to, co obaj widzieliśmy. Ale i tak zazwyczaj coś wtrącił o wypadkach, lub udarach.

    Mówił. Przez kilka dni chowałem się w bezpiecznej chmurze jego mówienia, przed światłem i przepytywaniami pielęgniarek. Ale w końcu pan Stasio dost gorączki i wysypki na brzuchu.

    – Z nerw… To z nerw – tłumaczył i mnie i lekarzom – Wezmę coś na uspokojenie i zaraz przejdzie. Rok czekałem na operację, kolejnego terminu mogę nie dożyć.

    Jego wyjaśnienia nic nie dały. Został wypisany. Na do widzenia pomógł mi się wykąpać. Ustawił plastikowe krzesło pod prysznicem, usadził mnie na nim i troskliwie podtrzymywał, żebym się nie ześlizgnął. Kiedy się namydlałem, westchnął, szczerze zdumiony:

    Szkoda, że wcześniej nie wpadłem na to, że pan tak śmierdzi nie z lenistwa, czy innego przyzwyczajenia, tylko że do łazienki pan dojść nie może. Obu nam by milej było obok siebie leżeć.

    Owłosione nogi pana Stasia, mocno zaparte w granatowych klapkach, pomagały mi trzymać pion, bawełniane majtki pana Stasia i jego podkoszulek na ramiączka osłaniały moją bezradną nagość.Wtedy znów pojawiło się światło. Sięgało po mnie, ale prześlizgiwało się po kroplach wody, wpadało w dłonie pana Stasia, pozwalało im się oswajać. Po chwili już nie próbowało mnie rozerwać, przemienić. Nie ciągnęło w przeciwnym kierunku niż ciało. Wnikało łagodnie w bolący bark i kolano, odbijało się od plastikowego krzesełka.

    – Spłukać się to już sam pan da radę – pan Stasio wręczył mi prysznicową słuchawkę – Sikać mi się zachciało. Zaraz po pana wrócę.

    Po kąpieli natychmiast zasnąłem. Zabrała mnie głucha ciemność. Gdy się obudziłem pan Stasio znikł, a wraz z nim przymierze między mną, moim ciałem i światłem. Zatrząsłem się z zimna i samotności. Z trudem wstałem. Kręciło mi się w głowie, przed oczami latały mi czarne plamy. Podszedłem do łóżka pana Stasia, owinąłem się w jego wciąż nieprzebraną kołdrę. Wróciłem na swoje miejsce. Mimo dwóch kołder wciąż się trząsłem, leciały mi łzy z oczu. Powtarzałem Stasio, Stasio. Postanowiłem go pamiętać.

    Nowe Publikacje

  • Z MIŁOŚCIĄ

    Z MIŁOŚCIĄ

    W zagięciu horyzontu

    wciąż wisi miejsce po słońcu.

    Dobrze, że przyjechaliśmy zanim zrobiło się ciemno.

    Możemy usiąść na tarasie i pozwolić,

    by czas opadał na nas

    łagodnie jak wieczorne niebo

    Jesteśmy już w tym wieku,

    że czujnie sprawdzamy, co czas nam zabiera.

    A tu czas otula nas zmrokiem

    z miłością,

    jakby nam podawał środki

    łagodzące przemijanie.

    Szczęście jest nigdy niekoszoną łąką

    na pobliskim zboczu.

    Pozwól niech tam pobiegnie

    i nasza opowieść,

    niech się wplecie w to, co mruczy nieustannie

    pod kwiatami wrotyczu i dzikiego kopru, w historie

    o tym, kto się upił i przeleżał całą noc w rowie,

    kto kogo upolował, kto tym razem zdążył uciec, kto wysiedział jajka,

    kto wyrósł na obrzeżach lasu i teraz swobodnie rozpościera gałęzie,

    kto został zdeptany, ledwie zdążył zakwitnąć, komu ktoś znowu zerwał pajęczynę,

    komu udało się wystrzelić zarodniki, przemienić w motyla, znaleźć nową norkę,

    kto przyjechał na wakacje, a kto, żeby się wreszcie dogadać i wyjeżdża z płaczem.

    Wiatr przynosi tej łące śmiech dzieci, wołanie samotnej staruszki,

    czy ktoś mnie słyszy? Niech ktoś do mnie przyjdzie!

    I śpiewają ptaki, a na rowie, tuż pod domem,

    rosną dzikie poziomki.

    Tej opowieści nie trzeba rozumieć,

    nawet słuchać jej nie trzeba.

    Wystarczy siedzieć

    oddychać wilgotnym wieczornym powietrzem

    czekać aż się ściemni.

    Nowe Publikacje

  • Kwestia perspektywy

    KWESTIA PERSPEKTYWY

     

    Kwadrans starczył, żeby się skurczyło,

    zbiegło w mały punkcik,

    nieodróżnialny od Austrii, a może już Włoch

    moje u mnie

    Nowe szafki w kuchni i klon na tarasie

    ostatnia niezbyt udana wizyta u brata,

    kilka książek w czytaniu

    niezniszczalny kurz pod łóżkiem.

     

    Skurczyło, zbiegło i znikło,

    niczym dowód twierdzenia z tablicy

    starty niecierpliwą gąbką chmur.

    Co było do okazania.

    Nic się nie okazuje, bo nic nie widać poza

    gęstniejącą bielą.

    To tyle, jeśli chodzi o nasze ziemskie życie.

    Upchnięci ciasno na pokładzie samolotu

    żywcem zostaliśmy wzięci do nieba,

    choć nie stanowimy żadnej religijnej wspólnoty.

    Nie znamy się i poznać się nie zamierzamy,

    odgrodzeni od cudzych pytań słuchawkami w uszach.

    Zamienieni w płody

    w brzuchu bezmyślnej maszyny,

    która nas ogrzewa,

    dostarcza nam oddech,

    nie umiemy wyznaczyć granicy,

    między poprzednim i następnym życiem.

    A przecież człowiek, gdy raz sam siebie straci z oczu,

    nie może być pewien, na co się natknie

    w pierwszym wiarygodnym lustrze.

    Na wyciągnięcie ręki mamy

    nieskończoność

    Odpowiedź na pytanie czym się różni nic od nirwany.

    A ja oglądam głupi film z Edym Murphym.

    A ten obok drzemie.

    Nowe Publikacje

  • Facet, który połknął słońce

    FACET, KTÓRY POŁKNĄŁ SŁOŃCE

    Połknął słońce

    jak te maoryskie chłopy, co tańczą taniec haka

    ha! to ja połknąłem słońce,

    połknął słońce,

    ale nie przeszła w niego

    świetlista moc,

    żadna moc,

    zrobiło się ciemno,

    zimno

    był mały bardzo samotny

    i płakał.

    Wypuść słońce,

    ktoś mu powiedział,

    wypuść słońce,

    ale on się bał,

    że wtedy to już na pewno

    wszyscy się dowiedzą,

    że nie jest żadnym wielkim wojownikiem.

    Słońce nie zamierzało

    zmieniać swoich zwyczajów,

    tylko dlatego, że ktoś je połknął.

    Zaszło a potem powoli

    zaczęło wschodzić

    gdy wzbiło się nad linię horyzontu

    zniknął

    zniknął, albo się rozpękł,

    różnie ludzie mówią.

    I że lepiej nie łykać słońca.

    Ale to nieprawda,

    bo kogo z was nie kusiło

    po długiej nieprzespanej nocy,

    kiedy krzyczą ptaki,

    a niebo tańczy dziki taniec różów i oranży,

    kogo z was nie kusiło,

    kto zachłannie nie rozdziawiał gęby,

    choćby i raz jeden, choćby

    na pustej ulicy

    ugryziony znienacka przez bezpańską radość?

    My pozbawienie rytuałów działamy na oślep.

    Chcemy uciec trzeźwemu myśleniu

    i boimy się całkiem oszaleć.

    Ryzykujcie!

    Jeśli się okaże, że jak ten facet,

    zamiast świecić, czujecie się podle,

    wystarczy poczekać.

    Słońce w was zajdzie i

    znów zacznie rosnąć.

    W końcu rozsadzi kolejne wasze granice,

    będzie razić w oczy.

    Z pewnością sobie poradzi.

    Nowe Publikacje

  • Stara suka

    STARA SUKA

    Moja głowa nie chce dyscypliny

    Moja głowa nie chce posłuszeństwa

    Moja głowa chce odpocząć

    Jestem starą suką

    wieczorami czuję

    przechodzącą niedaleko śmierć

    i wyję

    wyję

    wieczorami czuję, wieczorami wyję

    nocą śni mi się czarny kwadrat

    jestem w nim, w samym środku

    więc wydaje mi się,

    że nic mi się nie śni

    A ty?

    w jakie zmieniasz się zwierzę,

    gdy nie możesz zasnąć?

    W jaki obrazek lubisz się złożyć,

    gdy już cię rozerwie na drobne kawałki?

    Przez który ze szklanych sufitów

    zobaczyłaś najpiękniejsze niebo?

    Jaki kupujesz podkład, gdy musisz przypudrować rozpacz?

    Jestem starą suką,

    częściej się przytulam i nie lubię biegać.

    Nauczyłam się mówić,

    musiałam tego akurat się nauczyć, choć bardzo niechętnie,

    bo wiecie, w razie wątpliwości

    mówię, i nie można wymagać,

    żebym szła w kagańcu,

    żebym szła na smyczy.

    Nowe Publikacje

  • O tym

    O tym

     

    Jestem przeszkodą w rozmowie.

    Skurczem żołądka. Spoconymi dłońmi.

    Jestem irytacją, frustracją, nudą, przemożnym zmęczeniem.

    Przepaścią w miejscu, gdzie zawsze był most.

    Wulgarnym okrzykiem pośród

    miłosnych uniesień.

    Jestem tym, czego nie chcesz

    Im bardziej uciekasz, tym bliżej podchodzę.

    Sprawdź.

    Cokolwiek teraz robisz
    przestań. Sprawdź.

    Jestem.

    Zawsze krok za tobą.

    Jestem historią twoich porażek

    Jestem tym czymś miękkim w środku,

    co się nie przydaje.

    Jestem, kiedy z jestem wszystko inne spadnie.

    Jestem radością. Jestem ciszą. Rozbłyskującą tęczą

    kroplą deszczu. Zapachem siana. Chłodnym dotykiem rzeki.

    Jestem swobodnym gestem. Twoją przestrzenią.

    Twoim głosem. Jestem w tobie i jestem

    więcej niż tobą. Wyjściem. Światłem.

    Właściwym pytaniem. Odpowiedzią.

    Wolnością cierpliwej trawy

    zdolnej przebić beton.

    Cokolwiek teraz robisz

    sprawdź.

    Jestem.

    Zawsze krok za tobą.

    Odwróć się, spójrz na mnie.

    Wróć do mnie.

    Dotknij.

    Uznaj mnie.

    Pokochaj.

    Nowe Publikacje

    Dodaj tu swój tekst nagłówka

  • Listopad

    LISTOPAD

    Ilebyśmy nie medytowali, listopad ma jednak swoje prawa.
    Zaczęła zasysać mnie próżnia.
    Uznałam, że przejadę się rowerem,
    do biblioteki, żeby nie całkiem bez celu.
    Nawet zadziałało. Park. Kolorowe liście.
    Zapach poddającej się procesom gnilnym trawy.
    Dobrze.
    Książki udało mi się oddać o czasie.
    Dobrze. Naprawdę.
    Wracam, i już gotowa jestem
    poczuć się bezpiecznie,
    a tu nagle ciemno, mgła. Nie zamontowałam światełek,
    bo z zasady nie jeżdżę po zmroku. Brnę we mgle chodnikiem,
    grzęznę,
    wszyscy choć pieszo są szybsi ode mnie, i na chodniku,
    wiadomo, bardziej w prawie,
    naprężam mięśnie, których raczej nie mam,
    próbuję wyprzedzić dwie panie, idą zagadane, ostentacyjnie się nie spieszą,
    a już drugi raz mnie mijają. Doganiam je i muszę zsiąść, bo za wąsko, żeby się przed nie
    przepchać.
    Rower mam na siebie za duży i z ramą, gdy znów próbuję wystartować, zaplątuję się w
    niego i nagle hop!
    Wystrzelam w górę,
    lecę nad metalową barierką oddzielającą trawnik od chodnika
    i wpadam w kupę liści.
    To niespodziewanie miłe ten lot, ta bliskość przyrody.
    Myślę o niedźwiedziach, że mają rację,
    jesienią dobrze się walnąć w liście i czekać do wiosny.
    To lepszy pomysł niż wszelkie Kanary, bo z podróżami zawsze jest tyle zachodu.
    Panie, nieświadome, że się ze mną ścigały, zawracają,
    dopytują, czy nic mi się nie stało.
    W liście wpadłam, w liście,
    odpowiadam z radością.To budzi ich podejrzenia.
    Czy na pewno nie uderzyłam się w głowę?
    Dociera do mnie, że kobiecie w moim wieku
    nie wypada latać nad barierkami (choćby były niskie),
    a jeśli już się poleci, lepiej się nie cieszyć.
    Poważnieję, zapewniam, że dalej rower poprowadzę.
    Pozwalam im się ostatecznie wyprzedzić.
    Zwycięskie, nikną mi z oczu na wysokości dworca.
    Dopiero w sobotę wieczorem dowiaduję się przy
    ognisku, że niedźwiedzie znajdują sobie gawry.
    W liście zagrzebują się jeże.
    Ktokolwiek tak robi, mówię, ma głowę na karku.
    Mnie się liście bardzo sprawdziły, nie nabiłam sobie nawet pół siniaka.

    A Michał, jak się na rowerze wywalił, trafił z łokciem na operację.
    Zaczyna już posykiwać kociołek.
    Pijemy drinka z jednej szklanki.
    Mały Tadzik rozżarzoną końcówką patyka rysuje świetliste kółka.
    Mógłbyś coś napisać,
    proponuje mu Zuza.
    Nie chodzi o to, że Tadzik pisać nie umie,
    Pewnych rzeczy po prostu napisać się nie da,
    nawet rozżarzonym patykiem
    w głębokich ciemnościach.

    Nowe Publikacje

  • BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    Czy mogę cię pobłogosławić
    bless you
    You understand bless?
    Yes.
    No i mają mnie.
    W „Opowieściach chasydów” przeczytałam,
    że szatan sprowadza na ludzi kłopoty, żeby ich wepchnąć w melancholię.
    Może zauważyli, że szatan patrzy już na mnie łakomie,
    że niosę pełne kieszenie kłopotów.

    Wciąż słyszę energiczne pohukiwania
    muzyki.
    na Piotrkowskiej
    trwa radosna impreza konfederacji,
    roześmiani młodzi ludzie, droczą się z innymi
    roześmianymi młodymi ludźmi,
    dostaniesz znaczek, jeśli będziesz go nosić,
    zapiszemy i sprawdzimy.
    Dwóch starszych facetów o spoconych twarzach
    odpoczywa na ławce.
    Zapiszemy i sprawdzimy.
    Przechodziłam między nimi przed chwilą
    i stałam się niewidoczna,
    należę do tych kobiet po pięćdziesiątce, które potrafią to zrobić
    na zawołanie, bez wyczerpujących treningów,
    bezpiecznie zniknęłam.
    Niesłusznie.
    Powinnam dać znać o sobie, o nas,
    niezbyt szybkich,
    wściekłych cicho i bardzo samotnie,
    dać znać
    tym, co podpisują listy
    i tym, co kandydują,
    że my też jesteśmy.
    Ale jak? Po kilku moich spowolnionych krokach
    kiosk konfederacji utonął
    w tłumie tshirtów popierających dobrą wreszcie pogodę.
    Upał. Niemal lato, choć dopiero kwiecień,
    choć przedwczoraj w nocy – przymrozki..
    Niestety ja utknęłam mentalnie w sobocie poprzedniej,
    kiedy wjechałam rowerem w padający śnieg.
    Lepiej, zdecydowanie lepiej, że mnie nie widać.
    Ale wyćwiczeni tropiciele nie dadzą się zwieść.
    Zaczynają niby nieśmiało do you speak. Do I?
    Not well, szukam w głębi gardła zapomnianego angielskiego,
    żeby im wytłumaczyć jak dojść,
    ale oni nigdzie się nie wybierają,
    wystawiłam im się na patelni rozsłonecznionego wiosennego
    popołudnia i dla pewności jeszcze się związałam za grubym płaszczem,
    ślepy by trafił.
    Co mogą zrobić, żebym poczuła boże błogosławieństwo,
    chcę odpowiedzieć, że mogą dać sobie spokój,
    ale pan patrzy mi głęboko w oczy i mówi,
    że bóg widzi mój smutek i że mnie kocha, taką jaką jestem,
    szlag, łzy napływają mi do oczu, wrócę jednak do hormonów,
    póki co walczę, żeby w ciepłym wietrze, co niesie wesołe echa muzyki sztabu konfederacji,
    pod czujnym spojrzeniem dwojga par obcych oczu,
    nie zacząć szlochać,
    szlag.
    Mówię twój uśmiech to wystarczające błogosławieństwo,
    nie ma większego błogosławieństwa niż wzajemna ludzka życzliwość.
    Szlag, szlag by trafił tę moją wewnętrzną rozmiękłość,
    bo mówię to nie w tonie, weź człowieku odejdź,
    mówię w tonie: w czyjąkolwiek nie zaciągniemy się służbę, zawsze jest dla nas ratunek, wszyscy
    jesteśmy w gruncie rzeczy mięciutcy, bezbronni
    i bardzo naiwni, chcemy żeby ktoś nas pokochał, więc dajemy się nabrać,
    mówię to, jakbym mówiła wyciągam do ciebie rękę bracie,
    mniejsza o pilnujących nas bogów, więc ten mnie łaps
    i się ściskamy,
    chociaż naprawdę się spieszę.
    Walczę z dojrzewającym mi w gardle szlochem,
    a w ucho sączy mi się szept
    bóg cię kocha, cokolwiek cię trapi, jeśli pozwolisz
    on ci pomoże.
    Bóg mnie kocha po angielsku z niemieckim akcentem,
    a jednak to wystarczy, żebym się wyściskała
    jeszcze z drugą panią, która na koniec szuka czegoś nerwowo
    w plecaku, spodziewam się ulotki nakazującej mi gdzieś przystać,
    próbuję wytrzeźwieć z niczym nieuzasadnionej czułości.
    Zamiast ulotki dostaję dwa cukierki ze szwajcarskiej czekolady.
    Jeden zjadam, drugi – już w łagodnym cieniu lasu – daję Michałowi.

    Nowe Publikacje