HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ
Rozrywało mnie intensywne światło. Nie chroniły przed nim powieki, ani nawet nałożone na oczy dłonie. Bo to ja świeciłem. Nie wiedziałem, czy światło chce mnie unicestwić, czy przemienić. Może to zresztą na jedno wychodzi. Gdzieś na granicy światła było ciało i ciało było nie do zniesienia. Bolało mocno i nieustępliwie. Skóra ciągnęła, jakby nagle stała się dla mnie za ciasna. Wreszcie pojawiły się także i głosy. Natarczywe:
– Jaki jest dzień tygodnia, jak się pan nazywa, ile ma pan lat, kogo powiadomić?
Oprócz bólu, na pęcherz. Głód. Pragnienie. Zacząłem ostrożnie otwierać oczy.
– Gdzie pan jest?
Leżałem pod kołdrą. Na poszewce zauważyłem napis:
– Wojewódzki Szpital imienia… – czytałem z trudem. Litery to się rozmywały, to skakały mi przed oczami. Źle.
– Co pan wyprawia? Myśli pan, że sama czytać nie umiem? Ja chcę sprawdzić czy pan do nas wraca!
– Co się stało? – spytałem, dziwiąc się swojemu chrypiącemu głosowi. Światło się wycofało, lecz wciąż czułem je gdzieś przyczajone.
– Dajcie spokój chłopu. Trzy razy dziennie przesłuchanie. A jemu ktoś taki wpierdol spuścił, że do kibla dojść nie może, co tu drążyć? – wtrącił pan Stasio z łóżka obok.
Nie powinienem tego pamiętać. Wypadek i pierwszy tydzień po nim miały zostać dla mnie już na zawsze niedostępne. Pan Stasio wielokrotnie mi się przedstawiał i żądał żebyśmy mówili sobie po imieniu, ale ja, dopóki leżeliśmy łóżko w łóżko, ciągle jego imię zapominałem.
A jednak teraz umiem dokładnie odtworzyć rozwścieczone spojrzenia pielęgniarki, wychodzącej z sali, i tryumf w oczach pana Stasia:
– Wymęczyły pana te jędze. W szpitalach nie lubią bezdomnych.
– Co się stało? – to było pytanie nie do powstrzymania. Przez kilka dni nie mogła mu sprostać żadna odpowiedź, bo wszystkie natychmiast wypluwał mój zacinający się mechanizm pamięci krótkotrwałej. Panu Stasiowi to jednak nie przeszkadzało. Czekał na operację woreczka żółciowego, przekładaną już od roku, i bardzo się denerwował. Musiał z kimś pogadać:
– Te pielęgniarki teraz są szczególnie złe, bo im się nie chce tu z nami siedzieć. Zmęczone po świętach. Powiem panu… niby święta, niby radość, a wszyscy chodzą wkurwieni od połowy listopada do lutego. W chuj powinni wreszcie to Boże Narodzenie odwołać. Tak uważam.
– A co się stało?
– Przede mną się pan nie musi wysilać. Ja rozumiem. Każdemu się czasem zachce w czystym łóżku wyspać. Mrozy idą. Ale lepiej uważać. Ci lekarze teraz dla pieniędzy to by człowieka i rzeźnikowi sprzedali. Nawet ja się boję co mi wytną, chociaż od pół roku mam wszystko opłacone: operację, pielęgniarkę. A pan sam, bezdomny…
– Nie jestem bezdomny – na moje protesty Stasio filuternie mrużył oko.
– W dodatku trochę pan nietegowaty, te siostrunie syczą między sobą, że burdel w szpitalu, że pana na chirurgii miękkiej położyli zamiast na neurologii. Ale kto wie, czy to przypadek. Ja bym na pana miejscu po wyjściu stąd sprawdził, czy jakiego jelita panu nie buchnęli. Albo mogą panu podmienić żołądek, pan chudy a teraz to modne. Pana żołądek zabiorą, a dadzą panu jakiś rozepchany.
– Ale co się stało?
– Co się stało, to się stało. Tak robią, żeby ludzi ogłupić. Człowiek sobie myśli, jakby mi co wycięli, to by nic mi w zamian nie dali. Jest w tym pewna racja. Ale jak ktoś taki jak pan wykorkuje w szpitalu to dla lekarzy straszny kłopot. A tak, zamiast się z trupem bujać, to sobie na panu poćwiczą. Teraz lubią skomplikowane przeszczepy, film taki widziałem, dla tych lekarzy to jak zawody sportowe.
Pan Stasio mówił przez kilka dni: otwierał rano oczy i zaczynał, kończył już po ciemku, zasypiając często w pół wypowiadanego zdania. Nie robił przerw na posiłki. Jego opowieść o operacjach – sam przeszedł trzy, ale miał wielu znajomych, którzy też byli świetnymi przykładami źle złożonych kości lub nierozpoznanych na czas guzów – działała na mnie kojąco, wbrew ziejącej z niej grozie. Nie, wcale nie wbrew. To przykłady podstępnych chorób i niekompetencji lekarzy odciągały mnie od światła. Wiedziałem, czułem całym sobą, że nie dało za wygraną. Że nawet jeśli się odsunęło, to trzymało mnie wciąż na smyczy, na muszce, oddzielało mnie od siebie samego, od pozostałych panów z naszej sali i ich gości. Byłem samotny w najbardziej podstawowym sensie, wyrzucony poza orbitę wszelkich pewności. Tylko opowieść pana Stasia trzymała mnie wciąż blisko mojego bolącego ciała, dociskała do łóżka, które dzięki przyciskom mogłem ustawiać w najwygodniejszej pozycji, wpychała w rytm szpitalnych ceremonii obchodów, tabletek, zastrzyków, kroplówek, posiłków. Pan Stasio miał przyjemny tembr głosu i nie wymagał ode mnie żadnych odpowiedzi.
Pewną konkurencją był dla niego telewizor. Żeby móc coś obejrzeć trzeba było wrzucić kasę do metalowej skrzynki. Ja nie miałem żadnych pieniędzy, telefonu ani dokumentów. Nic. Do szpitala trafiłem prosto z wypadku, ponoć lekarze nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Panowie z sali nie brali mnie pod uwagę, ustalając, co będą oglądać i jak długo. Pan Stasio, owszem dorzucał się, domagał się mszy i programów sportowych, pojękiwał przy wiadomościach, że znowu się zdenerwuje, a jednocześnie uznawał, że ja nie oglądam, nawet jeśli przed migotliwymi obrazami i skrzekliwymi dźwiękami nie miałem gdzie uciec. Przysiadał się do mnie na łóżko i posykującym półgłosem relacjonował mi to, co obaj widzieliśmy. Ale i tak zazwyczaj coś wtrącił o wypadkach, lub udarach.
Mówił. Przez kilka dni chowałem się w bezpiecznej chmurze jego mówienia, przed światłem i przepytywaniami pielęgniarek. Ale w końcu pan Stasio dostał gorączki i wysypki na brzuchu.
– Z nerw… To z nerw – tłumaczył i mnie i lekarzom – Wezmę coś na uspokojenie i zaraz przejdzie. Rok czekałem na operację, kolejnego terminu mogę nie dożyć.
Jego wyjaśnienia nic nie dały. Został wypisany. Na do widzenia pomógł mi się wykąpać. Ustawił plastikowe krzesło pod prysznicem, usadził mnie na nim i troskliwie podtrzymywał, żebym się nie ześlizgnął. Kiedy się namydlałem, westchnął, szczerze zdumiony:
– Szkoda, że wcześniej nie wpadłem na to, że pan tak śmierdzi nie z lenistwa, czy innego przyzwyczajenia, tylko że do łazienki pan dojść nie może. Obu nam by milej było obok siebie leżeć.
Owłosione nogi pana Stasia, mocno zaparte w granatowych klapkach, pomagały mi trzymać pion, bawełniane majtki pana Stasia i jego podkoszulek na ramiączka osłaniały moją bezradną nagość.Wtedy znów pojawiło się światło. Sięgało po mnie, ale prześlizgiwało się po kroplach wody, wpadało w dłonie pana Stasia, pozwalało im się oswajać. Po chwili już nie próbowało mnie rozerwać, przemienić. Nie ciągnęło w przeciwnym kierunku niż ciało. Wnikało łagodnie w bolący bark i kolano, odbijało się od plastikowego krzesełka.
– Spłukać się to już sam pan da radę – pan Stasio wręczył mi prysznicową słuchawkę – Sikać mi się zachciało. Zaraz po pana wrócę.
Po kąpieli natychmiast zasnąłem. Zabrała mnie głucha ciemność. Gdy się obudziłem pan Stasio znikł, a wraz z nim przymierze między mną, moim ciałem i światłem. Zatrząsłem się z zimna i samotności. Z trudem wstałem. Kręciło mi się w głowie, przed oczami latały mi czarne plamy. Podszedłem do łóżka pana Stasia, owinąłem się w jego wciąż nieprzebraną kołdrę. Wróciłem na swoje miejsce. Mimo dwóch kołder wciąż się trząsłem, leciały mi łzy z oczu. Powtarzałem Stasio, Stasio. Postanowiłem go pamiętać.