Ilebyśmy nie medytowali, listopad ma jednak swoje prawa.
Zaczęła zasysać mnie próżnia.
Uznałam, że przejadę się rowerem,
do biblioteki, żeby nie całkiem bez celu.
Nawet zadziałało. Park. Kolorowe liście.
Zapach poddającej się procesom gnilnym trawy.
Dobrze.
Książki udało mi się oddać o czasie.
Dobrze. Naprawdę.
Wracam, i już gotowa jestem
poczuć się bezpiecznie,
a tu nagle ciemno, mgła. Nie zamontowałam światełek,
bo z zasady nie jeżdżę po zmroku. Brnę we mgle chodnikiem,
grzęznę,
wszyscy choć pieszo są szybsi ode mnie, i na chodniku,
wiadomo, bardziej w prawie,
naprężam mięśnie, których raczej nie mam,
próbuję wyprzedzić dwie panie, idą zagadane, ostentacyjnie się nie spieszą,
a już drugi raz mnie mijają. Doganiam je i muszę zsiąść, bo za wąsko, żeby się przed nie
przepchać.
Rower mam na siebie za duży i z ramą, gdy znów próbuję wystartować, zaplątuję się w
niego i nagle hop!
Wystrzelam w górę,
lecę nad metalową barierką oddzielającą trawnik od chodnika
i wpadam w kupę liści.
To niespodziewanie miłe ten lot, ta bliskość przyrody.
Myślę o niedźwiedziach, że mają rację,
jesienią dobrze się walnąć w liście i czekać do wiosny.
To lepszy pomysł niż wszelkie Kanary, bo z podróżami zawsze jest tyle zachodu.
Panie, nieświadome, że się ze mną ścigały, zawracają,
dopytują, czy nic mi się nie stało.
W liście wpadłam, w liście,
odpowiadam z radością.To budzi ich podejrzenia.
Czy na pewno nie uderzyłam się w głowę?
Dociera do mnie, że kobiecie w moim wieku
nie wypada latać nad barierkami (choćby były niskie),
a jeśli już się poleci, lepiej się nie cieszyć.
Poważnieję, zapewniam, że dalej rower poprowadzę.
Pozwalam im się ostatecznie wyprzedzić.
Zwycięskie, nikną mi z oczu na wysokości dworca.
Dopiero w sobotę wieczorem dowiaduję się przy
ognisku, że niedźwiedzie znajdują sobie gawry.
W liście zagrzebują się jeże.
Ktokolwiek tak robi, mówię, ma głowę na karku.
Mnie się liście bardzo sprawdziły, nie nabiłam sobie nawet pół siniaka.
A Michał, jak się na rowerze wywalił, trafił z łokciem na operację.
Zaczyna już posykiwać kociołek.
Pijemy drinka z jednej szklanki.
Mały Tadzik rozżarzoną końcówką patyka rysuje świetliste kółka.
Mógłbyś coś napisać,
proponuje mu Zuza.
Nie chodzi o to, że Tadzik pisać nie umie,
Pewnych rzeczy po prostu napisać się nie da,
nawet rozżarzonym patykiem
w głębokich ciemnościach.