Czy mogę cię pobłogosławić
bless you
You understand bless?
Yes.
No i mają mnie.
W „Opowieściach chasydów” przeczytałam,
że szatan sprowadza na ludzi kłopoty, żeby ich wepchnąć w melancholię.
Może zauważyli, że szatan patrzy już na mnie łakomie,
że niosę pełne kieszenie kłopotów.
Wciąż słyszę energiczne pohukiwania
muzyki.
na Piotrkowskiej
trwa radosna impreza konfederacji,
roześmiani młodzi ludzie, droczą się z innymi
roześmianymi młodymi ludźmi,
dostaniesz znaczek, jeśli będziesz go nosić,
zapiszemy i sprawdzimy.
Dwóch starszych facetów o spoconych twarzach
odpoczywa na ławce.
Zapiszemy i sprawdzimy.
Przechodziłam między nimi przed chwilą
i stałam się niewidoczna,
należę do tych kobiet po pięćdziesiątce, które potrafią to zrobić
na zawołanie, bez wyczerpujących treningów,
bezpiecznie zniknęłam.
Niesłusznie.
Powinnam dać znać o sobie, o nas,
niezbyt szybkich,
wściekłych cicho i bardzo samotnie,
dać znać
tym, co podpisują listy
i tym, co kandydują,
że my też jesteśmy.
Ale jak? Po kilku moich spowolnionych krokach
kiosk konfederacji utonął
w tłumie tshirtów popierających dobrą wreszcie pogodę.
Upał. Niemal lato, choć dopiero kwiecień,
choć przedwczoraj w nocy – przymrozki..
Niestety ja utknęłam mentalnie w sobocie poprzedniej,
kiedy wjechałam rowerem w padający śnieg.
Lepiej, zdecydowanie lepiej, że mnie nie widać.
Ale wyćwiczeni tropiciele nie dadzą się zwieść.
Zaczynają niby nieśmiało do you speak. Do I?
Not well, szukam w głębi gardła zapomnianego angielskiego,
żeby im wytłumaczyć jak dojść,
ale oni nigdzie się nie wybierają,
wystawiłam im się na patelni rozsłonecznionego wiosennego
popołudnia i dla pewności jeszcze się związałam za grubym płaszczem,
ślepy by trafił.
Co mogą zrobić, żebym poczuła boże błogosławieństwo,
chcę odpowiedzieć, że mogą dać sobie spokój,
ale pan patrzy mi głęboko w oczy i mówi,
że bóg widzi mój smutek i że mnie kocha, taką jaką jestem,
szlag, łzy napływają mi do oczu, wrócę jednak do hormonów,
póki co walczę, żeby w ciepłym wietrze, co niesie wesołe echa muzyki sztabu konfederacji,
pod czujnym spojrzeniem dwojga par obcych oczu,
nie zacząć szlochać,
szlag.
Mówię twój uśmiech to wystarczające błogosławieństwo,
nie ma większego błogosławieństwa niż wzajemna ludzka życzliwość.
Szlag, szlag by trafił tę moją wewnętrzną rozmiękłość,
bo mówię to nie w tonie, weź człowieku odejdź,
mówię w tonie: w czyjąkolwiek nie zaciągniemy się służbę, zawsze jest dla nas ratunek, wszyscy
jesteśmy w gruncie rzeczy mięciutcy, bezbronni
i bardzo naiwni, chcemy żeby ktoś nas pokochał, więc dajemy się nabrać,
mówię to, jakbym mówiła wyciągam do ciebie rękę bracie,
mniejsza o pilnujących nas bogów, więc ten mnie łaps
i się ściskamy,
chociaż naprawdę się spieszę.
Walczę z dojrzewającym mi w gardle szlochem,
a w ucho sączy mi się szept
bóg cię kocha, cokolwiek cię trapi, jeśli pozwolisz
on ci pomoże.
Bóg mnie kocha po angielsku z niemieckim akcentem,
a jednak to wystarczy, żebym się wyściskała
jeszcze z drugą panią, która na koniec szuka czegoś nerwowo
w plecaku, spodziewam się ulotki nakazującej mi gdzieś przystać,
próbuję wytrzeźwieć z niczym nieuzasadnionej czułości.
Zamiast ulotki dostaję dwa cukierki ze szwajcarskiej czekolady.
Jeden zjadam, drugi – już w łagodnym cieniu lasu – daję Michałowi.