Kategoria: wiersze

  • Z MIŁOŚCIĄ

    Z MIŁOŚCIĄ

    W zagięciu horyzontu

    wciąż wisi miejsce po słońcu.

    Dobrze, że przyjechaliśmy zanim zrobiło się ciemno.

    Możemy usiąść na tarasie i pozwolić,

    by czas opadał na nas

    łagodnie jak wieczorne niebo

    Jesteśmy już w tym wieku,

    że czujnie sprawdzamy, co czas nam zabiera.

    A tu czas otula nas zmrokiem

    z miłością,

    jakby nam podawał środki

    łagodzące przemijanie.

    Szczęście jest nigdy niekoszoną łąką

    na pobliskim zboczu.

    Pozwól niech tam pobiegnie

    i nasza opowieść,

    niech się wplecie w to, co mruczy nieustannie

    pod kwiatami wrotyczu i dzikiego kopru, w historie

    o tym, kto się upił i przeleżał całą noc w rowie,

    kto kogo upolował, kto tym razem zdążył uciec, kto wysiedział jajka,

    kto wyrósł na obrzeżach lasu i teraz swobodnie rozpościera gałęzie,

    kto został zdeptany, ledwie zdążył zakwitnąć, komu ktoś znowu zerwał pajęczynę,

    komu udało się wystrzelić zarodniki, przemienić w motyla, znaleźć nową norkę,

    kto przyjechał na wakacje, a kto, żeby się wreszcie dogadać i wyjeżdża z płaczem.

    Wiatr przynosi tej łące śmiech dzieci, wołanie samotnej staruszki,

    czy ktoś mnie słyszy? Niech ktoś do mnie przyjdzie!

    I śpiewają ptaki, a na rowie, tuż pod domem,

    rosną dzikie poziomki.

    Tej opowieści nie trzeba rozumieć,

    nawet słuchać jej nie trzeba.

    Wystarczy siedzieć

    oddychać wilgotnym wieczornym powietrzem

    czekać aż się ściemni.

    Nowe Publikacje

  • Kwestia perspektywy

    KWESTIA PERSPEKTYWY

     

    Kwadrans starczył, żeby się skurczyło,

    zbiegło w mały punkcik,

    nieodróżnialny od Austrii, a może już Włoch

    moje u mnie

    Nowe szafki w kuchni i klon na tarasie

    ostatnia niezbyt udana wizyta u brata,

    kilka książek w czytaniu

    niezniszczalny kurz pod łóżkiem.

     

    Skurczyło, zbiegło i znikło,

    niczym dowód twierdzenia z tablicy

    starty niecierpliwą gąbką chmur.

    Co było do okazania.

    Nic się nie okazuje, bo nic nie widać poza

    gęstniejącą bielą.

    To tyle, jeśli chodzi o nasze ziemskie życie.

    Upchnięci ciasno na pokładzie samolotu

    żywcem zostaliśmy wzięci do nieba,

    choć nie stanowimy żadnej religijnej wspólnoty.

    Nie znamy się i poznać się nie zamierzamy,

    odgrodzeni od cudzych pytań słuchawkami w uszach.

    Zamienieni w płody

    w brzuchu bezmyślnej maszyny,

    która nas ogrzewa,

    dostarcza nam oddech,

    nie umiemy wyznaczyć granicy,

    między poprzednim i następnym życiem.

    A przecież człowiek, gdy raz sam siebie straci z oczu,

    nie może być pewien, na co się natknie

    w pierwszym wiarygodnym lustrze.

    Na wyciągnięcie ręki mamy

    nieskończoność

    Odpowiedź na pytanie czym się różni nic od nirwany.

    A ja oglądam głupi film z Edym Murphym.

    A ten obok drzemie.

    Nowe Publikacje

  • Facet, który połknął słońce

    FACET, KTÓRY POŁKNĄŁ SŁOŃCE

    Połknął słońce

    jak te maoryskie chłopy, co tańczą taniec haka

    ha! to ja połknąłem słońce,

    połknął słońce,

    ale nie przeszła w niego

    świetlista moc,

    żadna moc,

    zrobiło się ciemno,

    zimno

    był mały bardzo samotny

    i płakał.

    Wypuść słońce,

    ktoś mu powiedział,

    wypuść słońce,

    ale on się bał,

    że wtedy to już na pewno

    wszyscy się dowiedzą,

    że nie jest żadnym wielkim wojownikiem.

    Słońce nie zamierzało

    zmieniać swoich zwyczajów,

    tylko dlatego, że ktoś je połknął.

    Zaszło a potem powoli

    zaczęło wschodzić

    gdy wzbiło się nad linię horyzontu

    zniknął

    zniknął, albo się rozpękł,

    różnie ludzie mówią.

    I że lepiej nie łykać słońca.

    Ale to nieprawda,

    bo kogo z was nie kusiło

    po długiej nieprzespanej nocy,

    kiedy krzyczą ptaki,

    a niebo tańczy dziki taniec różów i oranży,

    kogo z was nie kusiło,

    kto zachłannie nie rozdziawiał gęby,

    choćby i raz jeden, choćby

    na pustej ulicy

    ugryziony znienacka przez bezpańską radość?

    My pozbawienie rytuałów działamy na oślep.

    Chcemy uciec trzeźwemu myśleniu

    i boimy się całkiem oszaleć.

    Ryzykujcie!

    Jeśli się okaże, że jak ten facet,

    zamiast świecić, czujecie się podle,

    wystarczy poczekać.

    Słońce w was zajdzie i

    znów zacznie rosnąć.

    W końcu rozsadzi kolejne wasze granice,

    będzie razić w oczy.

    Z pewnością sobie poradzi.

    Nowe Publikacje

  • Stara suka

    STARA SUKA

    Moja głowa nie chce dyscypliny

    Moja głowa nie chce posłuszeństwa

    Moja głowa chce odpocząć

    Jestem starą suką

    wieczorami czuję

    przechodzącą niedaleko śmierć

    i wyję

    wyję

    wieczorami czuję, wieczorami wyję

    nocą śni mi się czarny kwadrat

    jestem w nim, w samym środku

    więc wydaje mi się,

    że nic mi się nie śni

    A ty?

    w jakie zmieniasz się zwierzę,

    gdy nie możesz zasnąć?

    W jaki obrazek lubisz się złożyć,

    gdy już cię rozerwie na drobne kawałki?

    Przez który ze szklanych sufitów

    zobaczyłaś najpiękniejsze niebo?

    Jaki kupujesz podkład, gdy musisz przypudrować rozpacz?

    Jestem starą suką,

    częściej się przytulam i nie lubię biegać.

    Nauczyłam się mówić,

    musiałam tego akurat się nauczyć, choć bardzo niechętnie,

    bo wiecie, w razie wątpliwości

    mówię, i nie można wymagać,

    żebym szła w kagańcu,

    żebym szła na smyczy.

    Nowe Publikacje

  • O tym

    O tym

     

    Jestem przeszkodą w rozmowie.

    Skurczem żołądka. Spoconymi dłońmi.

    Jestem irytacją, frustracją, nudą, przemożnym zmęczeniem.

    Przepaścią w miejscu, gdzie zawsze był most.

    Wulgarnym okrzykiem pośród

    miłosnych uniesień.

    Jestem tym, czego nie chcesz

    Im bardziej uciekasz, tym bliżej podchodzę.

    Sprawdź.

    Cokolwiek teraz robisz
    przestań. Sprawdź.

    Jestem.

    Zawsze krok za tobą.

    Jestem historią twoich porażek

    Jestem tym czymś miękkim w środku,

    co się nie przydaje.

    Jestem, kiedy z jestem wszystko inne spadnie.

    Jestem radością. Jestem ciszą. Rozbłyskującą tęczą

    kroplą deszczu. Zapachem siana. Chłodnym dotykiem rzeki.

    Jestem swobodnym gestem. Twoją przestrzenią.

    Twoim głosem. Jestem w tobie i jestem

    więcej niż tobą. Wyjściem. Światłem.

    Właściwym pytaniem. Odpowiedzią.

    Wolnością cierpliwej trawy

    zdolnej przebić beton.

    Cokolwiek teraz robisz

    sprawdź.

    Jestem.

    Zawsze krok za tobą.

    Odwróć się, spójrz na mnie.

    Wróć do mnie.

    Dotknij.

    Uznaj mnie.

    Pokochaj.

    Nowe Publikacje

    Dodaj tu swój tekst nagłówka

  • Listopad

    LISTOPAD

    Ilebyśmy nie medytowali, listopad ma jednak swoje prawa.
    Zaczęła zasysać mnie próżnia.
    Uznałam, że przejadę się rowerem,
    do biblioteki, żeby nie całkiem bez celu.
    Nawet zadziałało. Park. Kolorowe liście.
    Zapach poddającej się procesom gnilnym trawy.
    Dobrze.
    Książki udało mi się oddać o czasie.
    Dobrze. Naprawdę.
    Wracam, i już gotowa jestem
    poczuć się bezpiecznie,
    a tu nagle ciemno, mgła. Nie zamontowałam światełek,
    bo z zasady nie jeżdżę po zmroku. Brnę we mgle chodnikiem,
    grzęznę,
    wszyscy choć pieszo są szybsi ode mnie, i na chodniku,
    wiadomo, bardziej w prawie,
    naprężam mięśnie, których raczej nie mam,
    próbuję wyprzedzić dwie panie, idą zagadane, ostentacyjnie się nie spieszą,
    a już drugi raz mnie mijają. Doganiam je i muszę zsiąść, bo za wąsko, żeby się przed nie
    przepchać.
    Rower mam na siebie za duży i z ramą, gdy znów próbuję wystartować, zaplątuję się w
    niego i nagle hop!
    Wystrzelam w górę,
    lecę nad metalową barierką oddzielającą trawnik od chodnika
    i wpadam w kupę liści.
    To niespodziewanie miłe ten lot, ta bliskość przyrody.
    Myślę o niedźwiedziach, że mają rację,
    jesienią dobrze się walnąć w liście i czekać do wiosny.
    To lepszy pomysł niż wszelkie Kanary, bo z podróżami zawsze jest tyle zachodu.
    Panie, nieświadome, że się ze mną ścigały, zawracają,
    dopytują, czy nic mi się nie stało.
    W liście wpadłam, w liście,
    odpowiadam z radością.To budzi ich podejrzenia.
    Czy na pewno nie uderzyłam się w głowę?
    Dociera do mnie, że kobiecie w moim wieku
    nie wypada latać nad barierkami (choćby były niskie),
    a jeśli już się poleci, lepiej się nie cieszyć.
    Poważnieję, zapewniam, że dalej rower poprowadzę.
    Pozwalam im się ostatecznie wyprzedzić.
    Zwycięskie, nikną mi z oczu na wysokości dworca.
    Dopiero w sobotę wieczorem dowiaduję się przy
    ognisku, że niedźwiedzie znajdują sobie gawry.
    W liście zagrzebują się jeże.
    Ktokolwiek tak robi, mówię, ma głowę na karku.
    Mnie się liście bardzo sprawdziły, nie nabiłam sobie nawet pół siniaka.

    A Michał, jak się na rowerze wywalił, trafił z łokciem na operację.
    Zaczyna już posykiwać kociołek.
    Pijemy drinka z jednej szklanki.
    Mały Tadzik rozżarzoną końcówką patyka rysuje świetliste kółka.
    Mógłbyś coś napisać,
    proponuje mu Zuza.
    Nie chodzi o to, że Tadzik pisać nie umie,
    Pewnych rzeczy po prostu napisać się nie da,
    nawet rozżarzonym patykiem
    w głębokich ciemnościach.

    Nowe Publikacje

  • BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    Czy mogę cię pobłogosławić
    bless you
    You understand bless?
    Yes.
    No i mają mnie.
    W „Opowieściach chasydów” przeczytałam,
    że szatan sprowadza na ludzi kłopoty, żeby ich wepchnąć w melancholię.
    Może zauważyli, że szatan patrzy już na mnie łakomie,
    że niosę pełne kieszenie kłopotów.

    Wciąż słyszę energiczne pohukiwania
    muzyki.
    na Piotrkowskiej
    trwa radosna impreza konfederacji,
    roześmiani młodzi ludzie, droczą się z innymi
    roześmianymi młodymi ludźmi,
    dostaniesz znaczek, jeśli będziesz go nosić,
    zapiszemy i sprawdzimy.
    Dwóch starszych facetów o spoconych twarzach
    odpoczywa na ławce.
    Zapiszemy i sprawdzimy.
    Przechodziłam między nimi przed chwilą
    i stałam się niewidoczna,
    należę do tych kobiet po pięćdziesiątce, które potrafią to zrobić
    na zawołanie, bez wyczerpujących treningów,
    bezpiecznie zniknęłam.
    Niesłusznie.
    Powinnam dać znać o sobie, o nas,
    niezbyt szybkich,
    wściekłych cicho i bardzo samotnie,
    dać znać
    tym, co podpisują listy
    i tym, co kandydują,
    że my też jesteśmy.
    Ale jak? Po kilku moich spowolnionych krokach
    kiosk konfederacji utonął
    w tłumie tshirtów popierających dobrą wreszcie pogodę.
    Upał. Niemal lato, choć dopiero kwiecień,
    choć przedwczoraj w nocy – przymrozki..
    Niestety ja utknęłam mentalnie w sobocie poprzedniej,
    kiedy wjechałam rowerem w padający śnieg.
    Lepiej, zdecydowanie lepiej, że mnie nie widać.
    Ale wyćwiczeni tropiciele nie dadzą się zwieść.
    Zaczynają niby nieśmiało do you speak. Do I?
    Not well, szukam w głębi gardła zapomnianego angielskiego,
    żeby im wytłumaczyć jak dojść,
    ale oni nigdzie się nie wybierają,
    wystawiłam im się na patelni rozsłonecznionego wiosennego
    popołudnia i dla pewności jeszcze się związałam za grubym płaszczem,
    ślepy by trafił.
    Co mogą zrobić, żebym poczuła boże błogosławieństwo,
    chcę odpowiedzieć, że mogą dać sobie spokój,
    ale pan patrzy mi głęboko w oczy i mówi,
    że bóg widzi mój smutek i że mnie kocha, taką jaką jestem,
    szlag, łzy napływają mi do oczu, wrócę jednak do hormonów,
    póki co walczę, żeby w ciepłym wietrze, co niesie wesołe echa muzyki sztabu konfederacji,
    pod czujnym spojrzeniem dwojga par obcych oczu,
    nie zacząć szlochać,
    szlag.
    Mówię twój uśmiech to wystarczające błogosławieństwo,
    nie ma większego błogosławieństwa niż wzajemna ludzka życzliwość.
    Szlag, szlag by trafił tę moją wewnętrzną rozmiękłość,
    bo mówię to nie w tonie, weź człowieku odejdź,
    mówię w tonie: w czyjąkolwiek nie zaciągniemy się służbę, zawsze jest dla nas ratunek, wszyscy
    jesteśmy w gruncie rzeczy mięciutcy, bezbronni
    i bardzo naiwni, chcemy żeby ktoś nas pokochał, więc dajemy się nabrać,
    mówię to, jakbym mówiła wyciągam do ciebie rękę bracie,
    mniejsza o pilnujących nas bogów, więc ten mnie łaps
    i się ściskamy,
    chociaż naprawdę się spieszę.
    Walczę z dojrzewającym mi w gardle szlochem,
    a w ucho sączy mi się szept
    bóg cię kocha, cokolwiek cię trapi, jeśli pozwolisz
    on ci pomoże.
    Bóg mnie kocha po angielsku z niemieckim akcentem,
    a jednak to wystarczy, żebym się wyściskała
    jeszcze z drugą panią, która na koniec szuka czegoś nerwowo
    w plecaku, spodziewam się ulotki nakazującej mi gdzieś przystać,
    próbuję wytrzeźwieć z niczym nieuzasadnionej czułości.
    Zamiast ulotki dostaję dwa cukierki ze szwajcarskiej czekolady.
    Jeden zjadam, drugi – już w łagodnym cieniu lasu – daję Michałowi.

    Nowe Publikacje