Kategoria: historie na zdrowie

  • HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    HISTORIA NA SAMOTNOŚĆ

    Rozrywało mnie intensywne światło. Nie chroniły przed nim powieki, ani nawet nałożone na oczy dłonie. Bo to ja świeciłem. Nie wiedziałem, czy światło chce mnie unicestwić, czy przemienić. Może to zresztą na jedno wychodzi. Gdzieś na granicy światła było ciało i ciało było nie do zniesienia. Bolało mocno i nieustępliwie. Skóra ciągnęła, jakby nagle stała się dla mnie za ciasna. Wreszcie pojawiły się także i głosy. Natarczywe:

    Jaki jest dzień tygodnia, jak się pan nazywa, ile ma pan lat, kogo powiadomić?

    Oprócz bólu, na pęcherz. Głód. Pragnienie. Zacząłem ostrożnie otwierać oczy.

    – Gdzie pan jest?

    Leżałem pod kołdrą. Na poszewce zauważyłem napis:

    – Wojewódzki Szpital imienia… – czytałem z trudem. Litery to się rozmywały, to skakały mi przed oczami. Źle.

    – Co pan wyprawia? Myśli pan, że sama czytać nie umiem? Ja chcę sprawdzić czy pan do nas wraca!

    – Co się stało? – spytałem, dziwiąc się swojemu chrypiącemu głosowi. Światło się wycofało, lecz wciąż czułem je gdzieś przyczajone.

    – Dajcie spokój chłopu. Trzy razy dziennie przesłuchanie. A jemu ktoś taki wpierdol spuścił, że do kibla dojść nie może, co tu drążyć? – wtrącił pan Stasio z łóżka obok.

    Nie powinienem tego pamiętać. Wypadek i pierwszy tydzień po nim miały zostać dla mnie już na zawsze niedostępne. Pan Stasio wielokrotnie mi się przedstawiał i żądał żebyśmy mówili sobie po imieniu, ale ja, dopóki leżeliśmy łóżko w łóżko, ciągle jego imię zapominałem.

    A jednak teraz umiem dokładnie odtworzyć rozwścieczone spojrzenia pielęgniarki, wychodzącej z sali, i tryumf w oczach pana Stasia:

    – Wymęczyły pana te jędze. W szpitalach nie lubią bezdomnych.

    – Co się stało? – to było pytanie nie do powstrzymania. Przez kilka dni nie mogła mu sprostać żadna odpowiedź, bo wszystkie natychmiast wypluwał mój zacinający się mechanizm pamięci krótkotrwałej. Panu Stasiowi to jednak nie przeszkadzało. Czekał na operację woreczka żółciowego, przekładaną już od roku, i bardzo się denerwował. Musi z kimś pogadać:

    Te pielęgniarki teraz szczególnie złe, bo im się nie chce tu z nami siedzieć. Zmęczone po świętach. Powiem panu… niby święta, niby radość, a wszyscy chodzą wkurwieni od połowy listopada do lutego. W chuj powinni wreszcie to Boże Narodzenie odwołać. Tak uważam.

    – A co się stało?

    Przede mną się pan nie musi wysilać. Ja rozumiem. Każdemu się czasem zachce w czystym łóżku wyspać. Mrozy idą. Ale lepiej uważać. Ci lekarze teraz dla pieniędzy to by człowieka i rzeźnikowi sprzedali. Nawet ja się boję co mi wytną, chociaż od pół roku mam wszystko opłacone: operację, pielęgniarkę. A pan sam, bezdomny…

    Nie jestem bezdomny – na moje protesty Stasio filuternie mrużył oko.

    W dodatku trochę pan nietegowaty, te siostrunie syczą między sobą, że burdel w szpitalu, że pana na chirurgii miękkiej położyli zamiast na neurologii. Ale kto wie, czy to przypadek. Ja bym na pana miejscu po wyjściu stąd sprawdził, czy jakiego jelita panu nie buchnęli. Albo mogą panu podmienić żołądek, pan chudy a teraz to modne. Pana żołądek zabiorą, a dad panu jakiś rozepchany.

    Ale co się stało?

    Co się stało, to się stało. Tak robią, żeby ludzi ogłupić. Człowiek sobie myśli, jakby mi co wycięli, to by nic mi w zamian nie dali. Jest w tym pewna racja. Ale jak ktoś taki jak pan wykorkuje w szpitalu to dla lekarzy straszny kłopot. A tak, zamiast się z trupem bujać, to sobie na panu poćwiczą. Teraz lubią skomplikowane przeszczepy, film taki widziałem, dla tych lekarzy to jak zawody sportowe.

    Pan Stasio mówił przez kilka dni: otwierał rano oczy i zaczynał, kończył już po ciemku, zasypiając często w pół wypowiadanego zdania. Nie robił przerw na posiłki. Jego opowieść o operacjach – sam przeszedł trzy, ale miał wielu znajomych, którzy też byli świetnymi przykładami źle złożonych kości lub nierozpoznanych na czas guzów – działała na mnie kojąco, wbrew ziejącej z niej grozie. Nie, wcale nie wbrew. To przykłady podstępnych chorób i niekompetencji lekarzy odciągały mnie od światła. Wiedziałem, czułem całym sobą, że nie dało za wygraną. Że nawet jeśli się odsunęło, to trzymało mnie wciąż na smyczy, na muszce, oddzielało mnie od siebie samego, od pozostałych panów z naszej sali i ich gości. Byłem samotny w najbardziej podstawowym sensie, wyrzucony poza orbitę wszelkich pewności. Tylko opowieść pana Stasia trzymała mnie wciąż blisko mojego bolącego ciała, dociskała do łóżka, które dzięki przyciskom mogłem ustawiać w najwygodniejszej pozycji, wpychała w rytm szpitalnych ceremonii obchodów, tabletek, zastrzyków, kroplówek, posiłków. Pan Stasio miał przyjemny tembr głosu i nie wymagał ode mnie żadnych odpowiedzi.

    Pewną konkurencją był dla niego telewizor. Żeby móc coś obejrzeć trzeba było wrzucić kasę do metalowej skrzynki. Ja nie miałem żadnych pieniędzy, telefonu ani dokumentów. Nic. Do szpitala trafiłem prosto z wypadku, ponoć lekarze nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Panowie z sali nie brali mnie pod uwagę, ustalając, co będą oglądać i jak długo. Pan Stasio, owszem dorzucał się, domagał się mszy i programów sportowych, pojękiwał przy wiadomościach, że znowu się zdenerwuje, a jednocześnie uznawał, że ja nie oglądam, nawet jeśli przed migotliwymi obrazami i skrzekliwymi dźwiękami nie miałem gdzie uciec. Przysiadał się do mnie na łóżko i posykującym półgłosem relacjonował mi to, co obaj widzieliśmy. Ale i tak zazwyczaj coś wtrącił o wypadkach, lub udarach.

    Mówił. Przez kilka dni chowałem się w bezpiecznej chmurze jego mówienia, przed światłem i przepytywaniami pielęgniarek. Ale w końcu pan Stasio dost gorączki i wysypki na brzuchu.

    – Z nerw… To z nerw – tłumaczył i mnie i lekarzom – Wezmę coś na uspokojenie i zaraz przejdzie. Rok czekałem na operację, kolejnego terminu mogę nie dożyć.

    Jego wyjaśnienia nic nie dały. Został wypisany. Na do widzenia pomógł mi się wykąpać. Ustawił plastikowe krzesło pod prysznicem, usadził mnie na nim i troskliwie podtrzymywał, żebym się nie ześlizgnął. Kiedy się namydlałem, westchnął, szczerze zdumiony:

    Szkoda, że wcześniej nie wpadłem na to, że pan tak śmierdzi nie z lenistwa, czy innego przyzwyczajenia, tylko że do łazienki pan dojść nie może. Obu nam by milej było obok siebie leżeć.

    Owłosione nogi pana Stasia, mocno zaparte w granatowych klapkach, pomagały mi trzymać pion, bawełniane majtki pana Stasia i jego podkoszulek na ramiączka osłaniały moją bezradną nagość.Wtedy znów pojawiło się światło. Sięgało po mnie, ale prześlizgiwało się po kroplach wody, wpadało w dłonie pana Stasia, pozwalało im się oswajać. Po chwili już nie próbowało mnie rozerwać, przemienić. Nie ciągnęło w przeciwnym kierunku niż ciało. Wnikało łagodnie w bolący bark i kolano, odbijało się od plastikowego krzesełka.

    – Spłukać się to już sam pan da radę – pan Stasio wręczył mi prysznicową słuchawkę – Sikać mi się zachciało. Zaraz po pana wrócę.

    Po kąpieli natychmiast zasnąłem. Zabrała mnie głucha ciemność. Gdy się obudziłem pan Stasio znikł, a wraz z nim przymierze między mną, moim ciałem i światłem. Zatrząsłem się z zimna i samotności. Z trudem wstałem. Kręciło mi się w głowie, przed oczami latały mi czarne plamy. Podszedłem do łóżka pana Stasia, owinąłem się w jego wciąż nieprzebraną kołdrę. Wróciłem na swoje miejsce. Mimo dwóch kołder wciąż się trząsłem, leciały mi łzy z oczu. Powtarzałem Stasio, Stasio. Postanowiłem go pamiętać.

    Nowe Publikacje

  • HISTORIA NA BRAK SWOJEGO MIEJSCA

    HISTORIA NA BRAK SWOJEGO MIEJSCA W ŻYCIU

    Mam nadzieję, że gdzieś są ludzie, którzy nie potrzebują żadnych historii na zdrowie. Budząc się rano od razu idealnie trafiają sami w siebie, nie grzebią rozpaczliwie w próżni, żeby się z niej wyłuskać i doprowadzić do łazienki. Pijąc kawę, nie zaczynają ścierać blatu, bo zawsze mają czysty, ścierając blat nie notują pomysłów na wiersze, notując pomysły na wiersze, nie wyrzucają sobie że ich wierszy i tak nikt nie chce czytać i że lepiej zająć się czymś pożytecznym, zajmując się czymś pożytecznym, np. myjąc podłogę nie tęsknią nagle a gwałtownie za bliżej niesprecyzowanym sensem, napotykając sens nie czepiają się go rozpaczliwie, czepiając się rozpaczliwie kapryśnego i lubiącego się wyrywać sensu, nie walczą z nim o niego, a po prostu się nim cieszą, cieszą się, smucą, żyją jakby ich życie naprawdę było ich, jakby nikt i nic tego życia nie było w stanie im porwać i wepchać w obce koleiny. Do tego dążymy siostry w chaosie, bracia w niedotrzymanych, danych samym sobie obietnicach, że już się tak nie będziemy napinać i przejmować. Póki co znalazłam wspaniały sposób na znalezienie swojego miejsca w życiu. Należy pójść do lasu. Wtedy, kiedy wszyscy idą, czyli na przykład w pierwszą słoneczną niedzielę po długim czasie pochmurności lub dotkliwych mrozów. Należy iść tak, jak wszyscy idą, a przynajmniej jak sobie wyobrażamy, że idą, a wyobrażamy sobie, my, którym nie każdego ranka udaje się siebie wyłuskać z próżni, wyobrażamy sobie, że wszyscy idą, jakby im się należało to słońce, ten las, jakby to dla ich przyjemności się pojawiło, i tylko my idziemy rozważając, co tam znów masywnie i imponująco zawaliliśmy, idziemy lasem, bo lasem lubimy, ale się rozglądamy za murem, za ścianą, pod którymi można by chyłkiem przemykać, więc teraz jest ten trudny moment, trzeba się wyprostować, zdjąć czapkę, rozpiąć kurtkę i iść swobodnie, jak inni idą, albo jak sobie wyobrażamy, że idą. Potem dobrze zboczyć z głównej, pewnej ścieżki. Znaleźć ścieżkę niepewną, zawaloną pniami drzew, a chwilami całkiem zanikającą. Zabłądzić. Na tym etapie, jeśli ktoś potrzebuje, może sobie poluzować rygor wyprostowania i chłonięcia całą sobą radości z pięknego dnia, nie polecam, ale zdradzę, że można, tak można się nawykowo sztachnąć autoagresją, powyrzucać sobie, że tyle razy się tędy szło, a znów się zgubiło kierunek, że spodnie ma się uwalane w błocie, że poszło się odetchnąć, a przedziera się przez krzaki, że nie wiadomo, gdzie się jest i nie ma się zasięgu, żeby włączyć mapę, a nawet gdyby się włączyło, to w takich sytuacjach nie umie się z niej skorzystać. Można byle nie za długo. Potem robi się tak. Patrzy się w górę, żeby się zachwycić dawno niewidzianym błękitem, stoi się i się zachwyca, błękitem, zapachem lasu, obiecującym rychłą wiosnę wiatrem, szelestami, poszumami, trajkotaniem ptaków, gdzieś w oddali przemykającą cudzą rozmową. Tu trzeba już całkiem zrezygnować z wyrzucania sobie czegokolwiek. Tu już się stoi i twardo się zachwyca, wbrew niepewności, gdzie iść, wbrew temu, że jeden but utknął w błocie. Potem warto sięgnąć po mantrę. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej działa mantra „a chuj tam”. A chuj tam, przecież w końcu trafię, nie mogłam odejść daleko, bo chodzę wolno. Ponieważ jednak mojego doświadczenia nie mogę komukolwiek polecić, skorzystajcie z mantry, która wam pomaga. Ważne, żeby wypowiadać ją z pełnym przekonaniem. Nazachwycawszy się należy ruszyć przed siebie na przełaj, olewając ścieżki, znaleźć wygrzebane, obrębione śladami kopyt (może racic) zwierzęce legowisko. Należy się w nim położyć. Wyobrazić sobie, że to jest jedyny dom, jaki się ma i że w każdej chwili ktoś silniejszy, szybszy i bardziej obzębiony może nas zjeść. Wyobrazić to sobie z całą mocą, zamknąć oczy, żeby zrobiło się ciemno. Poczuć się wystawionym na ten las – a to już las Darwina, a nie lasoterapii – zanurkować w swoją kruchość, bezbronność i zdrzemnąć. Zwolennicy wrażeń ekstremalnych mogą w tym wyobrażaniu pójść krok dalej, aż w bycie pożartym. Tak czy owak zdrzemnąć, opuścić gardę, pogodzić się z brakiem kontroli. Potem trzeba wstać, wyciągnąć but z błota, jeśli wcześniej tego się nie zrobiło. Wstając dobrze nie myśleć, dobrze jeszcze chwilę iść bez kierunku i planu, wreszcie dotrzeć do samochodu i tego, kto na nas czeka, pojechać na obiad. A jednocześnie ulubować sobie stan słabości, osamotnienia w świecie brutalnym, choć czasem się przymilnie wdzięczącym. Uznać, że tak jest i będzie: ma się tyle miejsca, ile się go własnym ciałem, własnym zaufaniem w ciemno zajmie. I nie, ta ufność nie jest naiwna, ani głupia. Ostatecznie w lesie, opartym na tym, że jeden drugiego zjada, wcale nie zostają tylko najsilniejsi. Dają radę i dęby i delikatne pierwiosnki, rysie i malutkie myszy. Las może i rządzi się bezwzględnym prawem przetrwania, ale nie znów aż takim, żeby się wyniszczyć. Od wyniszczania siebie i okolicy ma ludzi. Ale mniejsza o ludzką destrukcję, my po poleżeniu w lesie, po obiedzie, już w drodze do kina, ciągle hołubimy swoje miejsce zajęte ciałem i przekonaniem, że nam się należy, nasze chwilowe legowisko, bez żadnych gwarancji, pozwoleń i prawa własności.

    Nowe Publikacje

  • Historia na szczęście

    Historia na szczęście

    Katastrofę wyobrażamy sobie jako nagłość, niespodziewany grom z nieba przynoszący któryś z „byle tylko nie totów”. Byle tylko nie to, byle tylko nie tamto, powtarzamy, gdy robią się szpary w swojskości i dziwnym chłodem niemiło zawiewa. Tymczasem gdy katastrofa przyjdzie, lubi się wygodnie rozsiąść i potrwać. Ja na przykład straciłam przyczepność i od dłuższego już czasu cokolwiek robię, niepewnie się chwieję, bo ani na czym śmiało stanąć, ani od czego się odbić. Boję się już nie kompletnego braku sterowności, z tym musiałam się jakoś ułożyć, boję się po prostu, już nawet nie pytając czego, lęk sobie na mnie surfuje, ja się staram go zrzucić ze swojego wdowiego garbu i na niewiele więcej poza tym zmaganiem sił mi starcza. Sytuacja trwa długo, wszystkim wokół się znudziła, ej weź już przestań jęczeć jakbyś zaraz miała zdechnąć, żyj skoro żyjesz. Więc się staram.

    Jeśli w cokolwiek jeszcze wierzę, to w długie spacery. Wierzę sił ostatkiem wbrew ogólnemu swojemu zwątpieniu. Wierzę w spacery, zwłaszcza po lesie, jak Tetmajer w nirwanę, jak Lennon w Yoko.

    A tu kiedyś Jacek po jodze powiedział, że codziennie rano jeżdżą z Moniką do Łagiewnik na biegówki. Zapłonęło we mnie coś, co niemal przypominało entuzjazm. No pewnie. Rano godzinka intensywnego ruchu, z dojazdem i powrotem 2 godziny i odzyskam energię, i lęk już nie będzie miał we mnie tak posłusznej zabawki. Tak. Od tego należy zacząć, od osławionego zdrowego ciała i ducha się wtedy z siebie jakoś wydusi, dlaczego sama na to nie wpadłam. Tak.

    Już następnego dnia zanurzyłam się w rupieciarni, znalazłam swoje, stare, zakurzone, porysowane narty. Mentalnie się nastawiałam kolejne dwa dni, i wreszcie do Łagiewnik. Co prawda już się zrobiła niedziela, a w niedzielę to nie taka dzielność się wybrać do lasu, jak w tygodniu, w niedzielę wszyscy mogą i rzeczywiście ludzi było sporo. Na nartach, z dziećmi na sankach, z pieskami, jak kto mógł. Jednak nic a nic mnie to nie zniechęciło. Nawet gęsto padający śnieg uznałam za dodatkową atrakcję. Wpięłam buty w narty i…okazało się, że narty nie jadą. Zanim zdołałam dotrzeć do lasu, już na ścieżce przez łąkę przy parkingu, ulepiły mi się pod nimi dwie wielkie śniegowe kotwice. Nie biegłam, nie sunęłam, a żmudnie człapałam. Kotwice wcale nie wróciły mi przyczepności, przyhamowywały nagle, nigdy w obu nartach naraz i moja chwiejność przeszła w dziwne podrygo-ukłony. Ale co tam. Las pysznił się świeżutkim śniegiem, połyskiwał, uznałam, że dobra nasza, pierwsze biegówki zimy nie czynią. Przez kolejne dni zgłębiałam tajemnice smarów do nart (są smary odbiciowe i poślizgowe, a choć w życiu przydałoby mi się odbicie, do nart jedynym słusznym wyborem wydawało się cokolwiek, co sprawi, że ruszą z miejsca). Potem objechałam kilka sklepów, niesłusznie uznając, że tak będzie szybciej niż zamawiać przez internet. Nigdzie nic. Do Decathlona, choć mam daleko. Tam tylko jakieś woski, do których trzeba kupić sobie żelazko. Najlepszych swoich ciuchów nie prasuję, a miałabym prasować narty? W desperacji gotowa byłam już kupić nowe biegówki, ale okazało się, że biegówek też nie ma. Pół godziny spędziłam na dyskusji z panem z serwisu, że jak to. Tak to, wszystko było i bardzo duży wybór, ale wykupili. Obeszłam więc trzy razy niemal cały Pasaż Łódzki, chyba z samego niedowierzania, i w końcu gdzieś, tuż przed zamknięciem wszystkich tych do niczego mi niepotrzebnych sklepów, wypatrzyłam smary do nart, delikatny młody chłopak, wyraźnie pogardzający sportem, wzruszył ramionami, że nie ma pojęcia, czy to smary poślizgowe, czy odbiciowe, nigdy nikt go o to nie pytał, jego zdaniem nie nadają się do biegówek, ale najlepiej jak się chce coś kupić, to wiedzieć co. Wbrew jego sceptycyzmowi wzięłam smar. Glide. Sprawdziłam. Poślizgowy. Alpine co prawda, ale mniejsza o to.

    Rano oczywiście nie udało mi się ruszyć, bo smarowałam narty, potem nacierałam je specjalnym korkiem, potem ładowałam do auta, a tym razem nie chciały wleźć, wreszcie ruszyłam, zdążyłam wyjechać za bramę, zaczęło padać.

    I już to złe, to co mnie nie lubi, zaczęło mi syczeć do ucha: całe twoje życie tak wygląda, jak masz narty to nie jadą, jak posmarujesz, śnieg topnieje, co głupiemu po rozumie, wystarczyło sprawdzić prognozę, odpuścić sobie zdrowy tryb życia, który neurotykom nigdy nie służy, wypić spokojnie kawę i poczytać Janion. Myślę sobie, nie wracam, chociaż się przejdę, a niechby i w deszczu, byleby złe nie miało ostatniego słowa, bo ja już je znam, zaczyna że bez sensu zmoknę i zaraz przejdzie do tego, że jednak zdechnąć to najrozsądniejsze wyjście.

    Dojechałam, patrzę, a z samochodu obok wysiada facet i bez żadnego wahania przypina narty. Odruchowo mu się przyglądam, ma twarz kogoś, kto bardzo ludzi nie lubi i zaraz mi przychodzi do głowy pytanie, czy z tego nie lubienia czasem nie morduje. Ale przypinałby narty, żeby mnie zamordować? W dodatku skacze koło niego sympatyczny czarny kundel. Ten pies jakoś mnie uspokaja, zresztą i facet i pies w przeciwieństwie do mnie szybko się poruszają i zanim zdążę zmienić buty znikają mi z oczu.

    Tyle że mnie zmotywowali. Wpinam buty i … tym razem narty się ślizgają bezładnie, niekoniecznie to zasługa smaru, mokry śnieg na ścieżce zamarzł w twardą pokrywę. Walczę o zachowanie równowagi, przemieszczam się właściwie przypadkiem. Co tam, tą unikalną metodą udaje mi się zrobić pętelkę, nawet się nie wywróciłam, zginęłam tylko troszkę, zupełnie niegroźnie. I gdy już niemal widziałam parking, dopadł mnie niespodziewany zachwyt. Umówmy się Łagiewniki to nie dziewicza puszcza. Ale na drzewach wciąż leżał śnieg, pochmurno, trochę mgliście. Zupełnie pusto. I zrobiło mi się tak, jakby ten las mógł mnie przytulić, jakby mógł mnie…   no cóż, no niestety – uratować.

    Ostrzegam, teraz będzie ostro.

    Co tu dużo mówić, wzięło mnie. Uznałam, że las zgodził się mnie wysłuchać.

    No niestety.

    Zlazłam ze ścieżki, człap, człap w głęboki, mokry śnieg. Resztki zdrowego rozsądku każą mi się rozejrzeć. Nikogo. Co mi szkodzi. Odrzucam kijki. Podnoszę ręce do góry.

    No niestety.

    I żeby w myślach, nie gdzie tam, całkiem głośno przemawiam do lasu:

    o katedro z drzew i śniegu

     nie mam tylko pomysłu, co dalej. Jeszcze raz się rozglądam: nikogo.

    Prostuję się.

    Katedro z drzew i śniegu, wesprzyj mnie.

    Nie. Kiepsko, dlaczego las oblężony drogami i domami, a nawet osiedlami apartamentowców, miałby jakiegokolwiek człowieka wspierać, nasze interesy jednak są sprzeczne.

    Katedro z drzew i śniegu

    Las zażenowany, ale słucha.

    Błagam się nie nadaje, bo nie chcę brzmieć jak ofiara. Pomocy, tym gorzej. Chyba najlepiej byłoby klasycznie przytulić się do drzewa, ale na nartach to niewykonalne, przypominam sobie praktykę hoponopono.

    Dziękuję, mówię – niestety wciąż głośno – proszę, wybacz mi, kocham cię.

    Mówię do lasu, do siebie, do wszystkich którzy do przepraszania przychodzą mi do głowy.

    I jeszcze przypominam sobie mądrość z głębin internetów, że na wewnętrzny paraliż dobrze jest uwalniać krzyk.

    Więc stoję, narty tak się zapadły, że ruszyć się nie jest łatwo, i śmiało:

    katedro z drzew i śniegu, hoponopono, aaaa. Coraz mniej mi głupio, coraz bardziej jestem przekonana, że ta zaimprowizowana magia zadziała.

    Las uprzejmie przybiera minę odwiecznej puszczy i daje mi jasno do zrozumienia, że tyle może dla mnie zrobić, ale nic więcej. A ja powtarzam o katedrze i kochaniu bliżej nie wiadomo kogo, wrzeszczę coraz głośniej, bo to wrzeszczenie jakoś najlepiej mi robi. Nagle jakieś zamieszanie na ścieżce, łoskot raptowny.

    Te pan, którego podejrzewałam o upodobanie do morderstwa, wracając zobaczył mnie i

    no niestety

    usłyszał, skręcił gwałtownie ze ścieżki, żeby jak najszerszym łukiem mnie ominąć, może się przestraszył moich krzyków, ale raczej uznał wariactwo za zaraźliwe, a na pewno bardzo krępujące, tak czy owak wpadł w mokry śnieg i wypieprzył się w krzaki. Cóż poza ścieżką niewiele mógł zdziałać swoją świetną techniką narciarską.

    Czyli on się gramoli po jednej stronie ścieżki, ja po drugiej stronie udaję, że czegoś szukam w śniegu, chyba mózgu. Pies lata między nami, przy swoim panu radośnie się tarza, uznając że tę wspaniałą zabawę wymyśliliśmy specjalnie dla niego na koniec spaceru.

    Czekam. Taktownie czekam, aż facet jakoś wstanie. Na ścieżkę już nie wraca, przedziera się na szagę, byle dalej ode mnie, pies kilka razy jeszcze zachęcająco poszczekuje, żebym dalej się z nimi bawiła.

    Wreszcie znów zostaję sama z lasem, niby bez magii, ale w powietrzu wciąż wisi duuuużooo psiego szczęścia. Głęboko się nim zaciągam, pachnie deszczem. Las wzrusza ramionami, od początku próbował mnie ostrzec że z niećwiczonej regularnie wzniosłości łatwo jest się osunąć w kiczowate głupstwo.

    Co mnie tam las będzie pouczał, trochę kiczu to zdrowo. Bardzo zdrowo.

    Wracam do samochodu uśmiechnięta. Zmieniam buty. Odrapuję szyby i lusterka z lodu. Ruszając zdaję sobie sprawę, że się nie boję. Manewruję, jak nie ja, jakbym umiała. Włączam dwójkę, podśpiewuję z jakąś operą. Nie boję się.

    Nie to, że mi na długo starczyło i że tego dnia, poza niezobowiązującym podczytywaniem opowiadań Adama cokolwiek zrobiłam.

    Ale jeszcze w nocy, gdy już przyszła bezsenność usiąść mi na sercu i na tchawicy, przypomniałam sobie radosne szczekanie psa. Próbowałam je powtórzyć, żeby lęk nie wracał, ale Michał mnie ucisz, bo niby całkiem mi odbiło, a on rano wstaje.

    Nowe Publikacje

  • JAK UWOLNIĆ POŁKNIĘTEGO PSA

    JAK UWOLNIĆ POŁKNIĘTEGO PSA

    Znacie to uczucie, że coś wyje, rzuca się, gryzie od środka? Wiem, że znacie, ale nigdy nie przyszło wam do głowy proste wytłumaczenie, że połknęliście przelatującego psa, bo to wypadek z niekończącej się listy wypadków, które się nie zdarzają. W autobusach i pociągach nie znajdziecie napisów: „Wychylanie się przez okno w czasie jazdy grozi połknięciem przelatującego psa”. Przy drogach nie ma znaków ostrzegawczych z rysunkiem psa porwanego podmuchem wiatru. Powiecie, że z powodu klimatyzacji w autobusach i pociągach nie otwiera się okien? To znaczy tylko, że teraz psy lecą dłużej. Są bardziej przerażone, wygłodniałe. Wystarczy czasem ziewnąć w parku na spacerze, i taki pies dla innych psów, nie mówiąc o psów właścicielach, niewykrywalny, wpada wam wprost do środka.

    Wpada i przeraźliwie się rzuca. A wy nie wiecie, co się dzieje. Czujecie tylko, że coś gryzie, szarpie, drapie, wyje, szczeka, piszczy, wali w czaszkę. Chce się wydostać i nie może. Otwieracie w środku pustych nocy jak najszerzej usta, by poczuć nieprzyjemny smak mokrej sierści. Wydajecie kasę na terapię i kursy mindfullness. Rzucacie palenie trawy, albo wręcz przeciwnie, po latach przerwy znów nabijacie fifki. Nic nie przynosi ulgi, wciąż nawet nie wiecie, co w was tak wyje, rzuca się, drapie, wali w czaszkę, chce się wydostać, nie może.

    Proszę, gdy dostrzeżecie w sobie uwięzione zwierzę, nie udawajcie, że to depresja lub drażliwe jelito. Zastosujcie tę prostą technikę.

    Usiądźcie wygodnie, albo nie całkiem wygodnie, możecie też się położyć lub przechadzać. Nie musicie być sami w spokojnym miejscu. Metoda zadziała nawet w pracy, której się nie lubi. Wystarczy zwrócić uwagę na czubek głowy, tzw. dekiel. Na to, czego pilnujecie odkąd połknęliście przelatującego psa, co z całych sił trzymacie, żeby wam nie odpadło. Zwróćcie uwagę jak dekiel się unosi od wewnętrznego wycia, drapania, od rozpaczliwych skoków i podgryzań. Pozwólcie mu na to.

    I więcej nic nie róbcie. Niech sobie raz podfruwa, raz opada. Dekiel, obserwujcie tylko dekiel, nie szukajcie psa, nie próbujcie go wyciągać. Pies sobie poradzi, w końcu wylezie, nawet jeśli wam się zaplątał w jelita. Po czym poznacie, że to już? Usłyszycie skomlenie, zobaczycie wystraszone oczy.

    Przez kolejne dni, może nawet tygodnie, będziecie wymiotować sierścią. Będziecie chodzić smutni. Nie szkodzi. Zadbajcie o psa. Jeśli wygląda coraz zdrowiej, domaga się głaskania i merda ogonem, jesteście na dobrej drodze. Gdy zacznie sam z siebie przynosić wam patyki, reagować na wasze wołanie, powinien wrócić wam apetyt i ochota na seks. Podkreślam, sam z siebie. Broń Boże go nie tresujcie. Wiele osób popełnia ten błąd, uwolnią połkniętego psa i od razu jeżdżą z nim na szkolenia, uczą sztuczek. I gotowa klapa, pies ucieknie, albo zdziczeje.

    Może też się zdarzyć, to wręcz całkiem prawdopodobne, że pies wam się nie spodoba. Chociaż uwolniony, ciągle będzie was drażnił. W takim wypadku znajdźcie mu miejsce, gdzie dojdzie do siebie, ludzi, którzy go polubią. I nigdy, przenigdy nie wincie go za całą waszą mękę. Zapewniam was być porwanym, a potem połkniętym też nie jest przyjemnie.

    Jeśli oddacie go przyjaciołom, a potem poczujecie gorycz, że u was wył i się szarpał, że was o mało nie wykończył, a oni robią z nim filmiki i podbijają internet, wypłuczcie usta olejem lnianym. Po kilku dniach gorycz powinna minąć. Jeśli nic nie zrobicie też pewnie minie, bylebyście za bardzo się jej nie trzymali. Uwierzcie mi, najważniejsze na tym etapie jest, żeby pies poczuł się szczęśliwy.

    Czyż nie do tego się sprowadza każde uwolnienie?

    Po pewnym czasie zaczniecie widywać nad miastem, szczególnie jesienią, niesione wichurą zdziczałe stada innych przelatujących psów. Nie próbujcie ich ratować, nie dzwońce po fundacjach. Sprawdźcie lepiej jak z tym swoim się dogadujecie, obojętne czy został z wami, czy go oddaliście.

    W końcu poczujecie ulgę. Obiecuję. Głęboką ulgę. A chwilami być może i radość. Wreszcie zapomnicie o całym kłopocie, ale już bez trudu rozpoznacie ludzi, w których coś ujada, gryzie, piszczy, chce się wydostać, nie może. Zdarzy się wam do nich przyjaźnie zagadać:

    – Ale ci dekiel podniosło.

    Nie liczcie na równie serdeczną odpowiedź.

    Nowe Publikacje

  • HISTORIA NA NAGŁE AWARIE

    NIE WSZYSTKO DA SIĘ NAPRAWIĆ

    Moja Skoda, na którą ciągle wyrzekałam, a która nigdy wcześniej mnie nie zawiodła, pewnego wieczoru, nocy pewnej właściwie, gdy wyszłam z sauny z mokrymi jeszcze włosami, nie odpaliła.
     
    Próbowałam ją przekonać. Uzyskałam tyle, że na opustoszałym rynku zwanym Górniakiem, posiedziałam w zimnym aucie do jedenastej, a następnie z trudem przekonałam Męża, żeby nadjechał z odsieczą, bo już kładł się spać.
     
    Mąż dolał oleju. Nic. Za poradą przejętego naszym kłopotem młodego człowieka odpiął i ponownie podpiął akumulator. Nic.
     
    Kolejny dzień, a było to akurat Święto Zmarłych, zaczęliśmy od porannego holowania samochodu. Pierwszy raz siedziałam za kierownicą bez wspomagania. Każdy skręt był tak emocjonujący, że bez ogrzewania się spociłam. O zmianie pasów dosłownie na sznurku za mężem, wśród zirytowanych użytkowników ruchu drogowego, wzmagającego się z chwili na chwilę, w ogóle nie chcę pamiętać. Pokłóciłam się z Mężem o to, czy i kto w trakcie długiego weekendu zadzwoni do mechanika po sąsiedzku. Jakoś udało się umówić na poniedziałek, ale zyskaliśmy tym tyle, że na dobry początek tygodnia popchaliśmy sobie samochód naszą uliczką w tę i z powrotem. Bo nie było iskry. Komputer skody w ogóle nie widział.
     
    Zmieniła się w tsukumogami, powiedziałam smętnie do Męża, gdy kazał dzwonić do elektryka. To japońskie upiory przedmiotów, z którymi ludzie niesprawiedliwie się obeszli. Po co ja tak źle o niej mówiłam? Dopiero teraz ją doceniam. Dajmy spokój z mechanikami. Lepiej okadźmy ją białą szałwią i przy niej pomedytujmy, koniecznie ofiarowując jedzenie. Nie mam kasy na nowe auto, a na kupowanie używanego, zważywszy, że oszukiwanie przy tego typu transakcjach to polski sport narodowy, nie mam siły. Mąż zagroził, że jeśli nie przestanę płakać i opowiadać głupot, zamieszka w namiocie na naszej działce w lesie.
     
    Zadzwoniłam do polecanego przez sąsiada mechanika elektryka, wybłagałam jakiś w miarę szybki termin. Nie zamówiłam lawety tylko dlatego, że Mąż uparł się, że znów będziemy holować. Przez kolejne dni zapychałam wszędzie rowerem. Także w deszczu.
     
    Aż wreszcie Wicio jeszcze raz zajrzał w silnik i sobie przypomniał, że kiedyś zakładał odcięcie zapłonu. Od kilku lat stosuję prostsze zabezpieczenie antywłamaniowe: nie naprawiam powgniatanej karoserii, zderzaków, błotników, żeby Skody nie opłacało się kraść. A mnie taka charakterna, nieco zadziorna, bardziej się podoba.
     
    Niemniej to, co zapomniane, nie znika, a zapomniane odcięcia zapłonu nie dość, że nie znikło to bez pudła zadziałało, gdy –  całkiem tego nieświadoma –  przypadkiem je wcisnęłam. Wicio odnalazł niepozorny pstryczek i  Skoda naprawiona. Jeszcze musiałam o tym opowiedzieć mechanikowi elektrykowi. Przekonywałam go, że gdyby dwa razy parkował pchanym autem pod ciasną wiatą, ta historia aż tak by go nie ubawiła.
     
    Na kilka dni z wrażenia aż zarzuciłam nałóg martwienia się na zapas. Bo czasem czegoś się nie da naprawić, po prostu dlatego, że nie jest zepsute. 
     
     

    Nowe Publikacje