Skolasinska

NIE WSZYSTKO DA SIĘ NAPRAWIĆ

Moja Skoda, na którą ciągle wyrzekałam, a która nigdy wcześniej mnie nie zawiodła, pewnego wieczoru, nocy pewnej właściwie, gdy wyszłam z sauny z mokrymi jeszcze włosami, nie odpaliła.
 
Próbowałam ją przekonać. Uzyskałam tyle, że na opustoszałym rynku zwanym Górniakiem, posiedziałam w zimnym aucie do jedenastej, a następnie z trudem przekonałam Męża, żeby nadjechał z odsieczą, bo już kładł się spać.
 
Mąż dolał oleju. Nic. Za poradą przejętego naszym kłopotem młodego człowieka odpiął i ponownie podpiął akumulator. Nic.
 
Kolejny dzień, a było to akurat Święto Zmarłych, zaczęliśmy od porannego holowania samochodu. Pierwszy raz siedziałam za kierownicą bez wspomagania. Każdy skręt był tak emocjonujący, że bez ogrzewania się spociłam. O zmianie pasów dosłownie na sznurku za mężem, wśród zirytowanych użytkowników ruchu drogowego, wzmagającego się z chwili na chwilę, w ogóle nie chcę pamiętać. Pokłóciłam się z Mężem o to, czy i kto w trakcie długiego weekendu zadzwoni do mechanika po sąsiedzku. Jakoś udało się umówić na poniedziałek, ale zyskaliśmy tym tyle, że na dobry początek tygodnia popchaliśmy sobie samochód naszą uliczką w tę i z powrotem. Bo nie było iskry. Komputer skody w ogóle nie widział.
 
Zmieniła się w tsukumogami, powiedziałam smętnie do Męża, gdy kazał dzwonić do elektryka. To japońskie upiory przedmiotów, z którymi ludzie niesprawiedliwie się obeszli. Po co ja tak źle o niej mówiłam? Dopiero teraz ją doceniam. Dajmy spokój z mechanikami. Lepiej okadźmy ją białą szałwią i przy niej pomedytujmy, koniecznie ofiarowując jedzenie. Nie mam kasy na nowe auto, a na kupowanie używanego, zważywszy, że oszukiwanie przy tego typu transakcjach to polski sport narodowy, nie mam siły. Mąż zagroził, że jeśli nie przestanę płakać i opowiadać głupot, zamieszka w namiocie na naszej działce w lesie.
 
Zadzwoniłam do polecanego przez sąsiada mechanika elektryka, wybłagałam jakiś w miarę szybki termin. Nie zamówiłam lawety tylko dlatego, że Mąż uparł się, że znów będziemy holować. Przez kolejne dni zapychałam wszędzie rowerem. Także w deszczu.
 
Aż wreszcie Wicio jeszcze raz zajrzał w silnik i sobie przypomniał, że kiedyś zakładał odcięcie zapłonu. Od kilku lat stosuję prostsze zabezpieczenie antywłamaniowe: nie naprawiam powgniatanej karoserii, zderzaków, błotników, żeby Skody nie opłacało się kraść. A mnie taka charakterna, nieco zadziorna, bardziej się podoba.
 
Niemniej to, co zapomniane, nie znika, a zapomniane odcięcia zapłonu nie dość, że nie znikło to bez pudła zadziałało, gdy –  całkiem tego nieświadoma –  przypadkiem je wcisnęłam. Wicio odnalazł niepozorny pstryczek i  Skoda naprawiona. Jeszcze musiałam o tym opowiedzieć mechanikowi elektrykowi. Przekonywałam go, że gdyby dwa razy parkował pchanym autem pod ciasną wiatą, ta historia aż tak by go nie ubawiła.
 
Na kilka dni z wrażenia aż zarzuciłam nałóg martwienia się na zapas. Bo czasem czegoś się nie da naprawić, po prostu dlatego, że nie jest zepsute. 
 
 

Nowe Publikacje