Autor: EwaSz

  • Dojrzewanie

    DOJRZEWANIE

    „Dojrzewanie” czteroodcinkowy serial na Netflixie. Nie daje mi spokoju. 
     
    Dom, w którym ojciec cały czas pracuje. Matka jest niemal niewidoczna. Rodzeństwa, poza mieszkaniem pod wspólnych dachem, właściwie nie nie łączy. Gdzieś w tle majaczą wcześniejsze niepozałatwiane pokoleniowe konflikty. Szkoła – to było niezłe – w której nauczyciele boją się uczniów, a uczniowie prześladują się na rozmaite sposoby. W której nawet policjantom z wydziału kryminalnego trudno wytrzymać parę godzin. 
    To jest w tym serialu normalność. Tuż pod jej powierzchnią huczy już niczym niemaskowana agresja. W efekcie trzynastolatek nożem zadźgał koleżankę. Koleżanka wcześniej go wyśmiewała, chłopak był w grupce biedniejszych dzieciaków, uznanych za nieatrakcyjnych. Wyśmiewała go, bo nie chciała być z nim łączona. Sama już lądowała na spodzie szkolnej rówieśniczej hierarchii. W pokazanym w serialu świecie nastolatków najstraszniejszą bronią jest ostracyzm i uznanie kogoś za brzydkiego, lub brzydką, za nieatrakcyjnego/nieatrakcyjną seksualnie. 
    Jak zwykle przy filmach, które mnie tak zatrzymają, przejrzałam recenzje. W nich dominuje ton: serial opowiada o tym, jak bardzo dorośli nie rozumieją współczesnych nastolatków i o niebezpieczeństwach wirtualnej rzeczywistości. 
    Też w pierwszej chwili tak pomyślałam i nawet namawiałam znanych mi nastolatków, żeby obejrzeli i mi opowiedzieli, czy swoje problemy tam rozpoznają. Czy ich zdaniem „Dojrzewanie’ jest o nich. 
    Potem jednak do mnie dotarło, że serial mnie tak poruszył, bo przypomniał mi moje nastoletnie doświadczenia, że brzmiał dla mnie nie obco, a niepokojąco znajomo. 
    Dorastałam w latach 80. Bez telefonów komórkowych i internetu. W podstawówce do naszej klasy część nauczycieli bała się przychodzić. Nie, nie byliśmy dziećmi wychowywanymi bezstresowo, większość z nas dostawała lania, znaliśmy dyscyplinę, nie było między nami dużych różnic materialnych, w większości wszyscy chodziliśmy w podobnych paskudnych ciuchach. Nie ocenialiśmy się w socialach. Ale grała w nas potworne melodie ta sama agresja, którą rozpoznałam, oglądając „Dojrzewanie”. Jeśli wyczuliśmy słabszego psychicznie nauczyciela, wrzeszczeliśmy jak opętani. Czasem, gdy się spóźniałam, nasłuchiwałam pod szkołą skąd dochodzą ryki, orientowałam się po tym, w której klasie mamy lekcje. Na jednej lekcji ktoś zaczął bujać się na krześle. Nauczycielka zwróciła uwagę. To dołączył ktoś następny i następna. Połamaliśmy wszystkie krzesła.W akcji radosnego pastwienia się nad bezradną nauczycielką (bo taki był w gruncie rzeczy motyw) wzięły udział najgrzeczniejsze dziewczynki. Na innej lekcji udawaliśmy dżunglę. Każdy wydawał odgłos dzikiego zwierzęcia. Trzydzieścioro dzieci, przekrzykujących się nawzajem. Nie, to nie był wyraz buntu. Jeszcze raz powtórzę: wyczuwaliśmy najsłabszych. Jedna nauczycielka po kilku latach pracy w tej podstawówce wylądowała w psychiatryku. Sami pośród siebie też ustalaliśmy hierarchię, jak w stadzie, dręczyliśmy się na rozmaite sposoby i każdy z nas bał się zostać wykluczony i zdominowany. Poza tym, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, byliśmy zwykłymi dzieciakami i chwilami dobrze też się ze sobą bawiliśmy. Pamiętam tamto wrażenie nieustannej rozpaczliwej walki, połykania własnej wściekłości, przemieszane z momentami radości, pierwszymi fascynacjami erotycznymi, pierwszymi książkami, filmami, muzyką (to przecież były lata 80.! Czas i stanu wojennego i czegoś w stylu polskiej kontrkultury). Moim zdaniem młodość często szczególnie jaskrawo pozwala poczuć to pomieszanie w nas bezwzględności, potrzeby wolności i tęsknoty za wspólnotą. 
    Dlatego „Dojrzewanie” zainteresowało mnie nie jako znak nowych, nienormalnych czasów, a bardziej jako opowieść o tym, że nie umiemy rozpoznać agresji, która w nas tkwi i olbrzymiego lęku że się nie sprawdzimy, że nie będziemy chciani, okażemy się głupi, brzydcy niezdolni. Nie zauważamy tych gier dominacji w dorosłym świecie. Powtarzamy sobie: jest jak jest, trzeba sobie jakoś radzić i na ogół nie zastanawiamy się nad tym jak jest, dlaczego tak, czy mogłoby być inaczej. Akcja „Dojrzewania” toczy się w Anglii. Ja przypominając sobie końcówkę swojej podstawówki, od myślenia o tym serialu w stylu „jak mało rozumiemy współczesne dzieciaki”, przeszłam do myślenia jak mało się zmieniło od lat 80. w podejściu do młodości. Nadal młodych ludzi się tresuje, żeby przełknęli, co i nam dorosłym trudno łykać. Mają już w szkole wejść gładziutko w kulturę z.pier.d.l.u i gdy wracają wykończeni po szkole, po korkach, po treningach, czytać, czymś się interesować, mieć pasje. Pewien mój znajomy maturzysta opowiadał mi, jak pani od polskiego postanowiła ich zmotywować do nauki na ostatniej prostej przed maturą. Zaczęła ich odpytywać z lektur, ale tak by udowodnić, że nic nie wiedzą. Numer rękawiczki Łęckiej? Wymień po kolei wszystkie sceny w „Dziadach”. Ile było stopni mrozu na Syberii i ile kilometrów szli więźniowie do pracy, gdzie studiował Kostylew (pytania do „Innego świata”)? I tak dalej. Chciałam go podnieść na duchu i mówię, że ja czytałam te lektury wielokrotnie, a wielu takich szczegółów nie pamiętam i zawsze mylę imiona bohaterów. Popatrzył na mnie z politowaniem: „ale pani jest przynajmniej miła”. I dopiero po chwili dotarło do niego, że ja podważam sens tego typu wyścigu, tresury pomylonej z edukacją. Mój kolego opowiadał mi z kolei, jak jego syn napisał w rozprawce (rozprawki to dopiero wytwór zbiorowego sadystycznego umysłu!) o miłości Stawskiej do Wokulskiego. Nauczycielka przyznała, że to ciekawy pomysł, ale na maturze raczej nie przejdzie. Powtarzamy sobie takie anegdotki, jakby szkoła musiała tak wyglądać, jakby nie dało się jej pomyśleć inaczej. Siebie samych i innych nieustająco karzemy za błędy. Teraz wydaje mi się więc, że „Dojrzewanie” to serial o dorosłych (w końcu dorośli go zrobili), zdziwionych tym, że tresura daje w efekcie nie tylko pożądane zdumiewające akrobacje ale i nagłe wybuchy ślepej wściekłości.

    Nowe Publikacje

  • Listopad

    LISTOPAD

    Ilebyśmy nie medytowali, listopad ma jednak swoje prawa.
    Zaczęła zasysać mnie próżnia.
    Uznałam, że przejadę się rowerem,
    do biblioteki, żeby nie całkiem bez celu.
    Nawet zadziałało. Park. Kolorowe liście.
    Zapach poddającej się procesom gnilnym trawy.
    Dobrze.
    Książki udało mi się oddać o czasie.
    Dobrze. Naprawdę.
    Wracam, i już gotowa jestem
    poczuć się bezpiecznie,
    a tu nagle ciemno, mgła. Nie zamontowałam światełek,
    bo z zasady nie jeżdżę po zmroku. Brnę we mgle chodnikiem,
    grzęznę,
    wszyscy choć pieszo są szybsi ode mnie, i na chodniku,
    wiadomo, bardziej w prawie,
    naprężam mięśnie, których raczej nie mam,
    próbuję wyprzedzić dwie panie, idą zagadane, ostentacyjnie się nie spieszą,
    a już drugi raz mnie mijają. Doganiam je i muszę zsiąść, bo za wąsko, żeby się przed nie
    przepchać.
    Rower mam na siebie za duży i z ramą, gdy znów próbuję wystartować, zaplątuję się w
    niego i nagle hop!
    Wystrzelam w górę,
    lecę nad metalową barierką oddzielającą trawnik od chodnika
    i wpadam w kupę liści.
    To niespodziewanie miłe ten lot, ta bliskość przyrody.
    Myślę o niedźwiedziach, że mają rację,
    jesienią dobrze się walnąć w liście i czekać do wiosny.
    To lepszy pomysł niż wszelkie Kanary, bo z podróżami zawsze jest tyle zachodu.
    Panie, nieświadome, że się ze mną ścigały, zawracają,
    dopytują, czy nic mi się nie stało.
    W liście wpadłam, w liście,
    odpowiadam z radością.To budzi ich podejrzenia.
    Czy na pewno nie uderzyłam się w głowę?
    Dociera do mnie, że kobiecie w moim wieku
    nie wypada latać nad barierkami (choćby były niskie),
    a jeśli już się poleci, lepiej się nie cieszyć.
    Poważnieję, zapewniam, że dalej rower poprowadzę.
    Pozwalam im się ostatecznie wyprzedzić.
    Zwycięskie, nikną mi z oczu na wysokości dworca.
    Dopiero w sobotę wieczorem dowiaduję się przy
    ognisku, że niedźwiedzie znajdują sobie gawry.
    W liście zagrzebują się jeże.
    Ktokolwiek tak robi, mówię, ma głowę na karku.
    Mnie się liście bardzo sprawdziły, nie nabiłam sobie nawet pół siniaka.

    A Michał, jak się na rowerze wywalił, trafił z łokciem na operację.
    Zaczyna już posykiwać kociołek.
    Pijemy drinka z jednej szklanki.
    Mały Tadzik rozżarzoną końcówką patyka rysuje świetliste kółka.
    Mógłbyś coś napisać,
    proponuje mu Zuza.
    Nie chodzi o to, że Tadzik pisać nie umie,
    Pewnych rzeczy po prostu napisać się nie da,
    nawet rozżarzonym patykiem
    w głębokich ciemnościach.

    Nowe Publikacje

  • BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

    Czy mogę cię pobłogosławić
    bless you
    You understand bless?
    Yes.
    No i mają mnie.
    W „Opowieściach chasydów” przeczytałam,
    że szatan sprowadza na ludzi kłopoty, żeby ich wepchnąć w melancholię.
    Może zauważyli, że szatan patrzy już na mnie łakomie,
    że niosę pełne kieszenie kłopotów.

    Wciąż słyszę energiczne pohukiwania
    muzyki.
    na Piotrkowskiej
    trwa radosna impreza konfederacji,
    roześmiani młodzi ludzie, droczą się z innymi
    roześmianymi młodymi ludźmi,
    dostaniesz znaczek, jeśli będziesz go nosić,
    zapiszemy i sprawdzimy.
    Dwóch starszych facetów o spoconych twarzach
    odpoczywa na ławce.
    Zapiszemy i sprawdzimy.
    Przechodziłam między nimi przed chwilą
    i stałam się niewidoczna,
    należę do tych kobiet po pięćdziesiątce, które potrafią to zrobić
    na zawołanie, bez wyczerpujących treningów,
    bezpiecznie zniknęłam.
    Niesłusznie.
    Powinnam dać znać o sobie, o nas,
    niezbyt szybkich,
    wściekłych cicho i bardzo samotnie,
    dać znać
    tym, co podpisują listy
    i tym, co kandydują,
    że my też jesteśmy.
    Ale jak? Po kilku moich spowolnionych krokach
    kiosk konfederacji utonął
    w tłumie tshirtów popierających dobrą wreszcie pogodę.
    Upał. Niemal lato, choć dopiero kwiecień,
    choć przedwczoraj w nocy – przymrozki..
    Niestety ja utknęłam mentalnie w sobocie poprzedniej,
    kiedy wjechałam rowerem w padający śnieg.
    Lepiej, zdecydowanie lepiej, że mnie nie widać.
    Ale wyćwiczeni tropiciele nie dadzą się zwieść.
    Zaczynają niby nieśmiało do you speak. Do I?
    Not well, szukam w głębi gardła zapomnianego angielskiego,
    żeby im wytłumaczyć jak dojść,
    ale oni nigdzie się nie wybierają,
    wystawiłam im się na patelni rozsłonecznionego wiosennego
    popołudnia i dla pewności jeszcze się związałam za grubym płaszczem,
    ślepy by trafił.
    Co mogą zrobić, żebym poczuła boże błogosławieństwo,
    chcę odpowiedzieć, że mogą dać sobie spokój,
    ale pan patrzy mi głęboko w oczy i mówi,
    że bóg widzi mój smutek i że mnie kocha, taką jaką jestem,
    szlag, łzy napływają mi do oczu, wrócę jednak do hormonów,
    póki co walczę, żeby w ciepłym wietrze, co niesie wesołe echa muzyki sztabu konfederacji,
    pod czujnym spojrzeniem dwojga par obcych oczu,
    nie zacząć szlochać,
    szlag.
    Mówię twój uśmiech to wystarczające błogosławieństwo,
    nie ma większego błogosławieństwa niż wzajemna ludzka życzliwość.
    Szlag, szlag by trafił tę moją wewnętrzną rozmiękłość,
    bo mówię to nie w tonie, weź człowieku odejdź,
    mówię w tonie: w czyjąkolwiek nie zaciągniemy się służbę, zawsze jest dla nas ratunek, wszyscy
    jesteśmy w gruncie rzeczy mięciutcy, bezbronni
    i bardzo naiwni, chcemy żeby ktoś nas pokochał, więc dajemy się nabrać,
    mówię to, jakbym mówiła wyciągam do ciebie rękę bracie,
    mniejsza o pilnujących nas bogów, więc ten mnie łaps
    i się ściskamy,
    chociaż naprawdę się spieszę.
    Walczę z dojrzewającym mi w gardle szlochem,
    a w ucho sączy mi się szept
    bóg cię kocha, cokolwiek cię trapi, jeśli pozwolisz
    on ci pomoże.
    Bóg mnie kocha po angielsku z niemieckim akcentem,
    a jednak to wystarczy, żebym się wyściskała
    jeszcze z drugą panią, która na koniec szuka czegoś nerwowo
    w plecaku, spodziewam się ulotki nakazującej mi gdzieś przystać,
    próbuję wytrzeźwieć z niczym nieuzasadnionej czułości.
    Zamiast ulotki dostaję dwa cukierki ze szwajcarskiej czekolady.
    Jeden zjadam, drugi – już w łagodnym cieniu lasu – daję Michałowi.

    Nowe Publikacje