HISTORIA NA BRAK SWOJEGO MIEJSCA W ŻYCIU
Mam nadzieję, że gdzieś są ludzie, którzy nie potrzebują żadnych historii na zdrowie. Budząc się rano od razu idealnie trafiają sami w siebie, nie grzebią rozpaczliwie w próżni, żeby się z niej wyłuskać i doprowadzić do łazienki. Pijąc kawę, nie zaczynają ścierać blatu, bo zawsze mają czysty, ścierając blat nie notują pomysłów na wiersze, notując pomysły na wiersze, nie wyrzucają sobie że ich wierszy i tak nikt nie chce czytać i że lepiej zająć się czymś pożytecznym, zajmując się czymś pożytecznym, np. myjąc podłogę nie tęsknią nagle a gwałtownie za bliżej niesprecyzowanym sensem, napotykając sens nie czepiają się go rozpaczliwie, czepiając się rozpaczliwie kapryśnego i lubiącego się wyrywać sensu, nie walczą z nim o niego, a po prostu się nim cieszą, cieszą się, smucą, żyją jakby ich życie naprawdę było ich, jakby nikt i nic tego życia nie było w stanie im porwać i wepchać w obce koleiny. Do tego dążymy siostry w chaosie, bracia w niedotrzymanych, danych samym sobie obietnicach, że już się tak nie będziemy napinać i przejmować. Póki co znalazłam wspaniały sposób na znalezienie swojego miejsca w życiu. Należy pójść do lasu. Wtedy, kiedy wszyscy idą, czyli na przykład w pierwszą słoneczną niedzielę po długim czasie pochmurności lub dotkliwych mrozów. Należy iść tak, jak wszyscy idą, a przynajmniej jak sobie wyobrażamy, że idą, a wyobrażamy sobie, my, którym nie każdego ranka udaje się siebie wyłuskać z próżni, wyobrażamy sobie, że wszyscy idą, jakby im się należało to słońce, ten las, jakby to dla ich przyjemności się pojawiło, i tylko my idziemy rozważając, co tam znów masywnie i imponująco zawaliliśmy, idziemy lasem, bo lasem lubimy, ale się rozglądamy za murem, za ścianą, pod którymi można by chyłkiem przemykać, więc teraz jest ten trudny moment, trzeba się wyprostować, zdjąć czapkę, rozpiąć kurtkę i iść swobodnie, jak inni idą, albo jak sobie wyobrażamy, że idą. Potem dobrze zboczyć z głównej, pewnej ścieżki. Znaleźć ścieżkę niepewną, zawaloną pniami drzew, a chwilami całkiem zanikającą. Zabłądzić. Na tym etapie, jeśli ktoś potrzebuje, może sobie poluzować rygor wyprostowania i chłonięcia całą sobą radości z pięknego dnia, nie polecam, ale zdradzę, że można, tak można się nawykowo sztachnąć autoagresją, powyrzucać sobie, że tyle razy się tędy szło, a znów się zgubiło kierunek, że spodnie ma się uwalane w błocie, że poszło się odetchnąć, a przedziera się przez krzaki, że nie wiadomo, gdzie się jest i nie ma się zasięgu, żeby włączyć mapę, a nawet gdyby się włączyło, to w takich sytuacjach nie umie się z niej skorzystać. Można byle nie za długo. Potem robi się tak. Patrzy się w górę, żeby się zachwycić dawno niewidzianym błękitem, stoi się i się zachwyca, błękitem, zapachem lasu, obiecującym rychłą wiosnę wiatrem, szelestami, poszumami, trajkotaniem ptaków, gdzieś w oddali przemykającą cudzą rozmową. Tu trzeba już całkiem zrezygnować z wyrzucania sobie czegokolwiek. Tu już się stoi i twardo się zachwyca, wbrew niepewności, gdzie iść, wbrew temu, że jeden but utknął w błocie. Potem warto sięgnąć po mantrę. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej działa mantra „a chuj tam”. A chuj tam, przecież w końcu trafię, nie mogłam odejść daleko, bo chodzę wolno. Ponieważ jednak mojego doświadczenia nie mogę komukolwiek polecić, skorzystajcie z mantry, która wam pomaga. Ważne, żeby wypowiadać ją z pełnym przekonaniem. Nazachwycawszy się należy ruszyć przed siebie na przełaj, olewając ścieżki, znaleźć wygrzebane, obrębione śladami kopyt (może racic) zwierzęce legowisko. Należy się w nim położyć. Wyobrazić sobie, że to jest jedyny dom, jaki się ma i że w każdej chwili ktoś silniejszy, szybszy i bardziej obzębiony może nas zjeść. Wyobrazić to sobie z całą mocą, zamknąć oczy, żeby zrobiło się ciemno. Poczuć się wystawionym na ten las – a to już las Darwina, a nie lasoterapii – zanurkować w swoją kruchość, bezbronność i zdrzemnąć. Zwolennicy wrażeń ekstremalnych mogą w tym wyobrażaniu pójść krok dalej, aż w bycie pożartym. Tak czy owak zdrzemnąć, opuścić gardę, pogodzić się z brakiem kontroli. Potem trzeba wstać, wyciągnąć but z błota, jeśli wcześniej tego się nie zrobiło. Wstając dobrze nie myśleć, dobrze jeszcze chwilę iść bez kierunku i planu, wreszcie dotrzeć do samochodu i tego, kto na nas czeka, pojechać na obiad. A jednocześnie ulubować sobie stan słabości, osamotnienia w świecie brutalnym, choć czasem się przymilnie wdzięczącym. Uznać, że tak jest i będzie: ma się tyle miejsca, ile się go własnym ciałem, własnym zaufaniem w ciemno zajmie. I nie, ta ufność nie jest naiwna, ani głupia. Ostatecznie w lesie, opartym na tym, że jeden drugiego zjada, wcale nie zostają tylko najsilniejsi. Dają radę i dęby i delikatne pierwiosnki, rysie i malutkie myszy. Las może i rządzi się bezwzględnym prawem przetrwania, ale nie znów aż takim, żeby się wyniszczyć. Od wyniszczania siebie i okolicy ma ludzi. Ale mniejsza o ludzką destrukcję, my po poleżeniu w lesie, po obiedzie, już w drodze do kina, ciągle hołubimy swoje miejsce zajęte ciałem i przekonaniem, że nam się należy, nasze chwilowe legowisko, bez żadnych gwarancji, pozwoleń i prawa własności.