Skolasinska

EPIDEMIA MELANCHOLII

Po roku nerwów i spadających przychodów gabinet znów świetnie funkcjonował. Mężczyzna rekina wydawał się dalekim wspomnieniem. Dlatego, kiedy Duży Jogin sobie o nim przypomniał, Polonistka zachichotała beztrosko. 

 – To przez te twoje cholerne opowieści implant mi wypadł – Duży Jogin przy pomocy łazienkowego lustra i złości sam się stomatologicznie diagnozował. – Coś mi pod nim wyrosło. Zadzwonił do Dentystki:

   – Mnie już nawet asystentka Milenka dopytuje, co słychać u Mężczyzny Rekina – poskarżyła mu się Dentystka – Przez wymysły Polonistki wzięłam kilka serii antybiotyków, żeby mieć pewność, że nic nikomu nie wyrosnę, więc mnie nie dobijaj. Na wizytę do Dentystki z Joginem przyjechała Polonistka. Wdarła się do pokoju socjalnego. Przyjrzała uważnie Dentystce i natychmiast zrozumiała, że powrót normalności to tylko pozór, cisza przed burzą. Zauważyła sińce pod oczami Dentystki:

   – Na kosmiczne wezwania każdy prędzej czy później odpowie – próbowała tłumaczyć.

   – Stop Polonistko, stop, nie jestem w nastroju, czuję się bardzo zmęczona, a będę dziś pracować do 20. Posiedź sobie w poczekalni. Mamy tam półkę z książkami, mogę ci nawet pożyczyć okulary, bo pewnie znów swoje zgubiłaś.

Do pokoju weszła asystentka Milenka, zrobić sobie kawę.

   – Dzień dobry pani Polonistko – przywitała się wesoło.

   – Nic już nikomu nie wyrasta, prawda? – spytała Polonistka nie tracąc czasu na
uprzejmości.

   – Problem zażegnany. Trochę mi tylko szkoda, że Mężczyzna Rekin nie zdecydował się na leczenie ortodontyczne u pani doktor. Ciekawa jestem, co u niego.

   – A ja nie – Dentystka usiłowała zamrozić Milenkę wzrokiem. Milenka posłusznie zamilkła, ale Polonistka nie dawała za wygraną:

   – Niby problem zażegnany a pani doktor kiepsko wygląda.

   – Coś wisi w powietrzu – Milenka spoważniała. – Ja też biorę antydepresanty.

   – Jeśli życie, w istocie swojej absurdalne, próbujemy postrzegać jako logicznie poukładaną całość, popadamy w melancholię. A Dentystka najgłębszy sens swojego życia odrzuciła jako kompletny bezsens, jako niby moje wymysły. To ma wpływ na wszystkich, nawet Dużemu Joginowi wyrosła gulka.

   – Przy problemach z przyzębiem Dużego Jogina… – Dentystka niby przeszła na pozycje profesjonalne, ale zapomniała o samej ich podstawie, o tajemnicy lekarskiej. Polonistka patrzyła na nią z coraz większą troską.

   – Pani Milenko nie tylko wisi w powietrzu, ale co wrażliwszych dźga zimnym palcem. Coś przed ludźmi wyrasta betonową ścianą, właśnie wtedy gdy się spieszą (ja na przykład ciągle z tego powodu się spóźniam). Cień, który powinien grzecznie iść przy nodze, zawsze trochę z tyłu, coraz częściej komuś nagle wpada do środka, coraz więcej ludzi w godzinach pracy wycieka z samych z siebie przez niediagnozowalne dziury. Czasem wydaje mi się, że całkiem nam wszystkim już zanikły mięśnie szczęścia. Nadciąga epidemia melancholii.

Dwie nowe asystentki, które weszły do pokoju w trakcie tej przemowy, znieruchomiały przy drzwiach. Milenka spojrzała na nie tryumfalnie, jakby występ Polonistki był jej osobistą zasługą.

   – Szczęście, Polonistko, to agresywny chwyt reklamowy. Goniąc za iluzją szczęścia,
przysparzamy sobie tylko kłopotów. I przestań mnie wkurwiać, bo nawet nie spojrzę na gulkę Jogina – ucięła dyskusję Dentystka.

Nowe Publikacje