Skolasinska

Historia na szczęście

Katastrofę wyobrażamy sobie jako nagłość, niespodziewany grom z nieba przynoszący któryś z „byle tylko nie totów”. Byle tylko nie to, byle tylko nie tamto, powtarzamy, gdy robią się szpary w swojskości i dziwnym chłodem niemiło zawiewa. Tymczasem gdy katastrofa przyjdzie, lubi się wygodnie rozsiąść i potrwać. Ja na przykład straciłam przyczepność i od dłuższego już czasu cokolwiek robię, niepewnie się chwieję, bo ani na czym śmiało stanąć, ani od czego się odbić. Boję się już nie kompletnego braku sterowności, z tym musiałam się jakoś ułożyć, boję się po prostu, już nawet nie pytając czego, lęk sobie na mnie surfuje, ja się staram go zrzucić ze swojego wdowiego garbu i na niewiele więcej poza tym zmaganiem sił mi starcza. Sytuacja trwa długo, wszystkim wokół się znudziła, ej weź już przestań jęczeć jakbyś zaraz miała zdechnąć, żyj skoro żyjesz. Więc się staram.

Jeśli w cokolwiek jeszcze wierzę, to w długie spacery. Wierzę sił ostatkiem wbrew ogólnemu swojemu zwątpieniu. Wierzę w spacery, zwłaszcza po lesie, jak Tetmajer w nirwanę, jak Lennon w Yoko.

A tu kiedyś Jacek po jodze powiedział, że codziennie rano jeżdżą z Moniką do Łagiewnik na biegówki. Zapłonęło we mnie coś, co niemal przypominało entuzjazm. No pewnie. Rano godzinka intensywnego ruchu, z dojazdem i powrotem 2 godziny i odzyskam energię, i lęk już nie będzie miał we mnie tak posłusznej zabawki. Tak. Od tego należy zacząć, od osławionego zdrowego ciała i ducha się wtedy z siebie jakoś wydusi, dlaczego sama na to nie wpadłam. Tak.

Już następnego dnia zanurzyłam się w rupieciarni, znalazłam swoje, stare, zakurzone, porysowane narty. Mentalnie się nastawiałam kolejne dwa dni, i wreszcie do Łagiewnik. Co prawda już się zrobiła niedziela, a w niedzielę to nie taka dzielność się wybrać do lasu, jak w tygodniu, w niedzielę wszyscy mogą i rzeczywiście ludzi było sporo. Na nartach, z dziećmi na sankach, z pieskami, jak kto mógł. Jednak nic a nic mnie to nie zniechęciło. Nawet gęsto padający śnieg uznałam za dodatkową atrakcję. Wpięłam buty w narty i…okazało się, że narty nie jadą. Zanim zdołałam dotrzeć do lasu, już na ścieżce przez łąkę przy parkingu, ulepiły mi się pod nimi dwie wielkie śniegowe kotwice. Nie biegłam, nie sunęłam, a żmudnie człapałam. Kotwice wcale nie wróciły mi przyczepności, przyhamowywały nagle, nigdy w obu nartach naraz i moja chwiejność przeszła w dziwne podrygo-ukłony. Ale co tam. Las pysznił się świeżutkim śniegiem, połyskiwał, uznałam, że dobra nasza, pierwsze biegówki zimy nie czynią. Przez kolejne dni zgłębiałam tajemnice smarów do nart (są smary odbiciowe i poślizgowe, a choć w życiu przydałoby mi się odbicie, do nart jedynym słusznym wyborem wydawało się cokolwiek, co sprawi, że ruszą z miejsca). Potem objechałam kilka sklepów, niesłusznie uznając, że tak będzie szybciej niż zamawiać przez internet. Nigdzie nic. Do Decathlona, choć mam daleko. Tam tylko jakieś woski, do których trzeba kupić sobie żelazko. Najlepszych swoich ciuchów nie prasuję, a miałabym prasować narty? W desperacji gotowa byłam już kupić nowe biegówki, ale okazało się, że biegówek też nie ma. Pół godziny spędziłam na dyskusji z panem z serwisu, że jak to. Tak to, wszystko było i bardzo duży wybór, ale wykupili. Obeszłam więc trzy razy niemal cały Pasaż Łódzki, chyba z samego niedowierzania, i w końcu gdzieś, tuż przed zamknięciem wszystkich tych do niczego mi niepotrzebnych sklepów, wypatrzyłam smary do nart, delikatny młody chłopak, wyraźnie pogardzający sportem, wzruszył ramionami, że nie ma pojęcia, czy to smary poślizgowe, czy odbiciowe, nigdy nikt go o to nie pytał, jego zdaniem nie nadają się do biegówek, ale najlepiej jak się chce coś kupić, to wiedzieć co. Wbrew jego sceptycyzmowi wzięłam smar. Glide. Sprawdziłam. Poślizgowy. Alpine co prawda, ale mniejsza o to.

Rano oczywiście nie udało mi się ruszyć, bo smarowałam narty, potem nacierałam je specjalnym korkiem, potem ładowałam do auta, a tym razem nie chciały wleźć, wreszcie ruszyłam, zdążyłam wyjechać za bramę, zaczęło padać.

I już to złe, to co mnie nie lubi, zaczęło mi syczeć do ucha: całe twoje życie tak wygląda, jak masz narty to nie jadą, jak posmarujesz, śnieg topnieje, co głupiemu po rozumie, wystarczyło sprawdzić prognozę, odpuścić sobie zdrowy tryb życia, który neurotykom nigdy nie służy, wypić spokojnie kawę i poczytać Janion. Myślę sobie, nie wracam, chociaż się przejdę, a niechby i w deszczu, byleby złe nie miało ostatniego słowa, bo ja już je znam, zaczyna że bez sensu zmoknę i zaraz przejdzie do tego, że jednak zdechnąć to najrozsądniejsze wyjście.

Dojechałam, patrzę, a z samochodu obok wysiada facet i bez żadnego wahania przypina narty. Odruchowo mu się przyglądam, ma twarz kogoś, kto bardzo ludzi nie lubi i zaraz mi przychodzi do głowy pytanie, czy z tego nie lubienia czasem nie morduje. Ale przypinałby narty, żeby mnie zamordować? W dodatku skacze koło niego sympatyczny czarny kundel. Ten pies jakoś mnie uspokaja, zresztą i facet i pies w przeciwieństwie do mnie szybko się poruszają i zanim zdążę zmienić buty znikają mi z oczu.

Tyle że mnie zmotywowali. Wpinam buty i … tym razem narty się ślizgają bezładnie, niekoniecznie to zasługa smaru, mokry śnieg na ścieżce zamarzł w twardą pokrywę. Walczę o zachowanie równowagi, przemieszczam się właściwie przypadkiem. Co tam, tą unikalną metodą udaje mi się zrobić pętelkę, nawet się nie wywróciłam, zginęłam tylko troszkę, zupełnie niegroźnie. I gdy już niemal widziałam parking, dopadł mnie niespodziewany zachwyt. Umówmy się Łagiewniki to nie dziewicza puszcza. Ale na drzewach wciąż leżał śnieg, pochmurno, trochę mgliście. Zupełnie pusto. I zrobiło mi się tak, jakby ten las mógł mnie przytulić, jakby mógł mnie…   no cóż, no niestety – uratować.

Ostrzegam, teraz będzie ostro.

Co tu dużo mówić, wzięło mnie. Uznałam, że las zgodził się mnie wysłuchać.

No niestety.

Zlazłam ze ścieżki, człap, człap w głęboki, mokry śnieg. Resztki zdrowego rozsądku każą mi się rozejrzeć. Nikogo. Co mi szkodzi. Odrzucam kijki. Podnoszę ręce do góry.

No niestety.

I żeby w myślach, nie gdzie tam, całkiem głośno przemawiam do lasu:

o katedro z drzew i śniegu

 nie mam tylko pomysłu, co dalej. Jeszcze raz się rozglądam: nikogo.

Prostuję się.

Katedro z drzew i śniegu, wesprzyj mnie.

Nie. Kiepsko, dlaczego las oblężony drogami i domami, a nawet osiedlami apartamentowców, miałby jakiegokolwiek człowieka wspierać, nasze interesy jednak są sprzeczne.

Katedro z drzew i śniegu

Las zażenowany, ale słucha.

Błagam się nie nadaje, bo nie chcę brzmieć jak ofiara. Pomocy, tym gorzej. Chyba najlepiej byłoby klasycznie przytulić się do drzewa, ale na nartach to niewykonalne, przypominam sobie praktykę hoponopono.

Dziękuję, mówię – niestety wciąż głośno – proszę, wybacz mi, kocham cię.

Mówię do lasu, do siebie, do wszystkich którzy do przepraszania przychodzą mi do głowy.

I jeszcze przypominam sobie mądrość z głębin internetów, że na wewnętrzny paraliż dobrze jest uwalniać krzyk.

Więc stoję, narty tak się zapadły, że ruszyć się nie jest łatwo, i śmiało:

katedro z drzew i śniegu, hoponopono, aaaa. Coraz mniej mi głupio, coraz bardziej jestem przekonana, że ta zaimprowizowana magia zadziała.

Las uprzejmie przybiera minę odwiecznej puszczy i daje mi jasno do zrozumienia, że tyle może dla mnie zrobić, ale nic więcej. A ja powtarzam o katedrze i kochaniu bliżej nie wiadomo kogo, wrzeszczę coraz głośniej, bo to wrzeszczenie jakoś najlepiej mi robi. Nagle jakieś zamieszanie na ścieżce, łoskot raptowny.

Te pan, którego podejrzewałam o upodobanie do morderstwa, wracając zobaczył mnie i

no niestety

usłyszał, skręcił gwałtownie ze ścieżki, żeby jak najszerszym łukiem mnie ominąć, może się przestraszył moich krzyków, ale raczej uznał wariactwo za zaraźliwe, a na pewno bardzo krępujące, tak czy owak wpadł w mokry śnieg i wypieprzył się w krzaki. Cóż poza ścieżką niewiele mógł zdziałać swoją świetną techniką narciarską.

Czyli on się gramoli po jednej stronie ścieżki, ja po drugiej stronie udaję, że czegoś szukam w śniegu, chyba mózgu. Pies lata między nami, przy swoim panu radośnie się tarza, uznając że tę wspaniałą zabawę wymyśliliśmy specjalnie dla niego na koniec spaceru.

Czekam. Taktownie czekam, aż facet jakoś wstanie. Na ścieżkę już nie wraca, przedziera się na szagę, byle dalej ode mnie, pies kilka razy jeszcze zachęcająco poszczekuje, żebym dalej się z nimi bawiła.

Wreszcie znów zostaję sama z lasem, niby bez magii, ale w powietrzu wciąż wisi duuuużooo psiego szczęścia. Głęboko się nim zaciągam, pachnie deszczem. Las wzrusza ramionami, od początku próbował mnie ostrzec że z niećwiczonej regularnie wzniosłości łatwo jest się osunąć w kiczowate głupstwo.

Co mnie tam las będzie pouczał, trochę kiczu to zdrowo. Bardzo zdrowo.

Wracam do samochodu uśmiechnięta. Zmieniam buty. Odrapuję szyby i lusterka z lodu. Ruszając zdaję sobie sprawę, że się nie boję. Manewruję, jak nie ja, jakbym umiała. Włączam dwójkę, podśpiewuję z jakąś operą. Nie boję się.

Nie to, że mi na długo starczyło i że tego dnia, poza niezobowiązującym podczytywaniem opowiadań Adama cokolwiek zrobiłam.

Ale jeszcze w nocy, gdy już przyszła bezsenność usiąść mi na sercu i na tchawicy, przypomniałam sobie radosne szczekanie psa. Próbowałam je powtórzyć, żeby lęk nie wracał, ale Michał mnie ucisz, bo niby całkiem mi odbiło, a on rano wstaje.

Nowe Publikacje