Przy pacjencie zero, czyli Mężczyźnie Rekinie, Dentystka mogła udawać, że z jego dodatkowymi zębami nie ma nic wspólnego. Szybko pojawiły się jednak kolejne, bardziej ewidentne przypadki. I to nie tylko w gabinecie. Pewnej letniej choć pochmurnej środy Mały Jogin obudził się szczególnie zadowolony:
– To będzie piękny dzień – oznajmił z szerokim uśmiechem. Dentystka nie była tego pewna. Ostatnio dużo pracowała, przygotowywała się do końcowych egzaminów na studiach z ortodoncji. Zapisywała na dodatkowe doszkalające kursy i jeszcze na siłownię. Robiła wszystko, byleby nie czuć dziwnego mrowienia we wnętrzach dłoni i wzdłuż kręgosłupa, tego samego który pierwszy raz się pojawiło, gdy robiła przegląd Mężczyźnie Rekinowi, a potem kilka razy wróciło w pracy, choć już nie tak silne. Tę środę miała wolną. Chciała snuć się z Małym Joginem leniwie po domu, a jeśli by się rozpogodziło zabrać go nad zalew.
Mogła oszukiwać siebie, ale nie synka. Mały Jogin, nie należał do tych tak często w naszym kraju spotykanych joginów, którzy zawsze podciągają rzepki w tadasanie i świetnie przysysają wewnętrzne łydki do goleni. Szczerze mówiąc w ogóle nie wiedział co to są golenie, o powięziach nigdy nie słyszał. Za to nie tylko jak ciocia Polonistka od razu dostrzegł przewalającą się przez życie jego matki falę kosmicznej miłości, ale bez zbędnych dyskusji na tę falę wskoczył i pozwolił by go niosła.
– To będzie piękny dzień i trochę straszny – rozsiadł się przy stole i zażądał naleśników. Czekał.
Odkąd Dentystka zignorowała Mężczyznę Rekina, często się kaleczyła. Choćby poprzedniego wieczoru ugryzł ją pies na spotkaniu kobiecego kręgu. Piesek właściwie. Piesek organizatorki. Mały biały, bardzo nerwowy. Wydawało się, że nic takiego, ale przez noc ręka spuchła i krwawiła, w domu zabrakło już plastrów. Nagle pod roztargnionym spojrzeniem Dentystki opuchnięta rana się zabliźniła. Wyrosły na niej dwa mleczaki. Szybko, ukradkiem wyrwała je i wyrzuciła. Mały Jogin nie dał się zwieść, wygrzebał ząbki z eleganckiego kubła na odpadki mieszane.
– Ciocia mi zrobi z nich korale. Myślisz, że pasują do moich? – poszedł do pokoju po niewielkie pudełko wyścielone watą, w którym ukrywał swoje ząbki przed Wróżką Zębuszką. Zamierzał sprzedać je hurtowo i nie dał sobie wytłumaczyć, że w ten sposób nie zyskają na wartości
Dentystka troszkę się zachwiała. Na większe przejmowanie się nie miała czasu.
– Mówiłem, że to będzie piękny dzień – powtórzył Mały Jogin, układając ząbki na stole – i że będziesz robić czary. Głodny.
Mąż menadżer wstał później niż oni. Dlatego nie zauważył, co się stało. Kręcił się między salonem a sypialnią w rozpiętej koszuli i majtkach. Dopytywał Dentystkę konspiracyjnym półszeptem o zakrwawioną pościel, próbując podpijać kawę z jej kubka. Urwał kawałek dosmażającego się na patelni naleśnika.
Mały Jogin przyglądał się im obojgu uważnie, jakby na coś czekał. I rzeczywiście po chwili krwawił i Mąż Menadżer, skaleczył się obcinając przeszkadzającą mu skórkę przy paznokciu. Z niepozornej ranki ciekło jakby ktoś do niej dorobił efekty specjalne. Dentystka nawet nie spojrzała w stronę męża. Jej ostrożność na nic się nie zdała. Rana na kciuku raptem się zabliźniła, szczerząc do całej trójki biały zdrowy kiełek. Mały Jogin pokiwał głową:
– Mama musi ćwiczyć, chociaż nie chce. Ja kiedyś bym jej pomógł, dawno temu, jak byłem duży w Indiach, ale teraz jestem mały – podszedł i bez trudu wyciągnął ząbek z kciuka Męża Menadżera i dodał do swojej kolekcji.
Mąż Menadżer zemdlał. Na jego miejscu każdy by tak zrobił.